Używamy plików cookies do zbierania informacji dotyczących korzystania z serwisu Muzeum Warszawy i jego oddziałów. W każdej chwili możesz zablokować obsługę plików cookies w swojej przeglądarce. Pamiętaj, że zmiany ustawień w przeglądarce mogą ograniczyć dostęp do niektórych funkcji stron internetowych naszego serwisu.

Aktualności

15.10.2018 / Bez kategorii, Muzeum Warszawskiej Pragi, Prawobrzeżni

Mrożek na Pradze …i na serwetkach. Wspomnienie z roku 1959

Mrożek na Pradze …i na serwetkach. Wspomnienie z roku 1959

 

Rysunki Sławomira Mrożka, podarowane Janowi Drogomireckiemu

 

15 sierpnia minęło pięć lat od śmierci Sławomira Mrożka – cenionego w kraju i na świecie dramatopisarza, prozaika i rysownika. 17 września minęło zaś pięć lat od złożenia jego prochów w Panteonie Narodowym na krakowskiej Skałce. Myślę, że jest to odpowiednia okazja, by przypomnieć jego postać, ale też by opisać nieznany dotąd epizod wiążący się z jego obecnością na warszawskiej Pradze.

 

Autor „Tanga” od dzieciństwa związany był z Krakowem, jednak wkraczając w dorosłość coraz częściej odwiedzał Warszawę, słusznie przewidując, że to właśnie tutaj jego talent może rozkwitnąć, a jego twórczość może trafić na podatny grunt. I tak się właśnie wkrótce stało. To w Warszawie w roku 1958 ma miejsce teatralna premiera jego debiutanckiej sztuki „Policja”, która okazała się wielkim sukcesem, gdyż w ciągu tego jednego, premierowego wieczoru z nikomu nieznanego autora sztuk stał się człowiekiem sławnym i cenionym.

 

Wraz z końcem października tego samego roku Sławomir Mrożek pojawia się w Warszawie w zupełnie innej roli. Rozpoczyna się tu głośny proces zbrodniarza wojennego Ericha Kocha, który kończy się (nigdy niewykonanym) wyrokiem śmierci, ogłoszonym 9 marca 1959 roku. Właśnie w związku z tym procesem Mrożek pojawia się w mieście jako obserwator, dziennikarz i korespondent.

 

W tym też czasie rozpoczyna się historia pewnej znajomości, której akcja dzieje się na warszawskiej Pradze. Tak jak Mrożek został oddelegowany do Warszawy na sądowy proces, tak mój ojciec Jan Drogomirecki, wtedy młody oficer wojsk radiotechnicznych, został oddelegowany w sprawach służbowych spod zachodniej granicy Polski do stolicy w celu nadzorowania remontu i odbioru sprzętu radarowego, służącego do kontrolowania i wykrywania samolotów.

 

Los sprawił, że poszukując kwatery na kilkutygodniowy pobyt obaj nieznani sobie wcześniej panowie trafili jednocześnie nie tylko na Pragę, ale – jak się wkrótce okazało – także do tego samego hotelu „Praga”. Był to chyba najnowszy w tamtym czasie warszawski hotel, zbudowany zaledwie kilka lat wcześniej.

 

Mój ojciec Jan Drogomirecki tak wspomina tamte dni:

Był rok 1959. Ja byłem wtedy młodym oficerem wojsk radiotechnicznych. Przyjechałem do Warszawy z Witkowa pod Starogardem Szczecińskim. Dostałem rozkaz nadzorowania remontu i odbioru sprzętu radiolokacyjnego. Znalazłem hotel na Pradze, ale zanim poszedłem się zameldować, wstąpiłem do restauracji coś zjeść. Prawdopodobnie była to restauracja „Rybna”. Brakowało w niej wolnych miejsc, tylko przy jednym stoliku siedział samotny mężczyzna. Zapytałem, czy mogę się przysiąść, a kiedy usłyszałem „tak”, usiadłem i zamówiłem obiad. On tymczasem coś od niechcenia rysował na restauracyjnych serwetkach. Nie zwracałem jednak uwagi. On zaś uznał, że chyba jestem swój chłop, chociaż byłem w mundurze, z bronią. Zaproponował wódeczkę i tak nawiązaliśmy rozmowę. Przy pożegnaniu wręczył mi plik zarysowanych serwetek. Na jednej z nich znalazłem później jego autograf „S.Mrożek’59”. Wyszedłem pierwszy. Kiedy meldowałem się w hotelowej recepcji, usłyszałem znajomy głos. Okazało się, że pan Mrożek mieszka w tym samym hotelu. Umówiliśmy się, że za pół godziny spotkamy się przy recepcji i pójdziemy na miasto. Potem jeszcze kilka razy wędrowaliśmy wspólnie po Warszawie zaglądając do różnych knajp i kafejek. Od chwili, gdy przyznałem się, że w szkole średniej uczyłem się języka francuskiego, pan Mrożek często posługiwał się nim w czasie tych naszych spotkań.

 

 

Nie wiem, czy hotel miał własną restaurację, być może, ale dla skromnych przybyszów z daleka pewnie zbyt drogą (albo zbyt nudną), bo panowie szybko postanowili stołować się przez kolejne dni w innych warszawskich lokalach, najczęściej praskich. Knajpek tu i wtedy nie brakowało, szczególnie w okolicy Bazaru Różyckiego, który stanowił centrum życia Pragi w jego wszelkich przejawach. Przy ul. Targowej swe przedwojenne tradycje kontynuowała restauracja „Oaza”, która w latach 60. przeistoczyła się w nowoczesny architektonicznie lokal gastronomiczny z dużym wyborem dań, szczególnie rybnych. Przy ul. Brzeskiej, na drugim, północnym krańcu Bazaru Różyckiego, znajdowała się z kolei znana jeszcze z czasów okupacji oberża pana Bednarskiego, z którym po wojnie wszedł w spółkę znany na całej Pradze Wicuś-marynarz, czyli Wincenty Andruszkiewicz – autentyczny przedwojenny marynarz – knajpę zaś przemianowano na „Schron Marynarza”. Dziś takie miejsca nazywa się „kultowymi”, ale to o wiele za mało, by opisać niezwykłość i niepowtarzalność tego dawnego wyszynku. Niewielki, wręcz ciasny lokal miał zdolność przyciągania całego przekroju postaci ówczesnego społeczeństwa, od miejscowych „niebieskich ptaków”, handlarzy z Różyca, po polityczne elity partii i państwa z premierem Cyrankiewiczem włącznie.

 

Ściany „Schronu Marynarza” zdobiły do końca istnienia lokalu liczne, bardzo udane zresztą karykatury znanych gości oberży. O poczuciu humoru gospodarza – pana Wincentego – świadczy to, że pośród tych karykatur umieścił także i swoją „okazałą” postać, przedstawioną żartobliwie w przyciasnawym marynarskim mundurku.

 

Trudno dziś ustalić, w których praskich lokalach, knajpkach czy barach spotykali się Mrożek z moim ojcem, by prowadzić kolejne, fascynujące niewątpliwie dyskusje, pewnie niejednokrotnie przy „kieliszku chleba” albo „rybce, co to lubi pływać”. W pamięci mojego ojca zachowała się nazwa restauracji „Rybna”, ale być może chodziło po prostu o dania rybne w niej serwowane. Dziś trudno jest mi już to jednoznacznie określić.

 

Te kolejne praskie spotkania i dyskusje dwóch zaprzyjaźnionych już panów „zahaczały” niewątpliwie o politykę, czego dowodem jest ten plik satyrycznych rysunków, komentujących ówczesne wydarzenia polityki krajowej i zagranicznej. Te bardzo odważne jak na tamte czasy satyry na najważniejszych polityków Polski, krajów „zaprzyjaźnionych” i nie tylko, nigdy w tamtych latach nie zostały opublikowane. Mrożek rysował je na zwykłych, papierowych serwetkach. Tak jak wspomniałem, podczas jednego z tych spotkań Mrożek podarował je mojemu tacie, co w mojej ocenie było wtedy z jego strony dowodem najwyższego zaufania. Myślę, że za takie rysunki jednoznacznie krytykujące „jedynie słuszną władzę” można było wtedy iść do więzienia, gdyż kilkuletnia, polityczna odwilż, która nastąpiła po śmierci Stalina, a w zasadzie po roku 1956, właśnie dobiegała końca.

 

Na jednym z rysunków premier Cyrankiewicz przypominający kształtem bałwana trzyma w ręku siekierę. Było to jednoznaczne nawiązanie do jego niesławnego przemówienia, w którym zagroził poznańskim robotnikom odrąbywaniem rąk w reakcji na domaganie się przez nich wolności i chleba w roku 1956.

 

Sławomir Mrożek odszedł do wieczności dokładnie pięć lat temu, mój ukochany tato Jan Drogomirecki zaledwie przed rokiem. Pożółkłe serwetki przetrwały ich obu, a mnie skłoniły do napisania tego artykułu. Wspominanie tej historii zachęciło mnie do odkrywania dawnej i współczesnej Pragi z jej wszystkimi smakami, kolorami i dramatycznymi często historiami.

 

Tylko dzięki pasji poznawania historii ciekawych miejsc i dzielnic odkryłem właśnie teraz, że Powstanie Warszawskie wybuchło 1 sierpnia także na Pradze, że trwały tu zacięte walki dramatycznie słabo uzbrojonych mieszkańców Pragi z doborowymi oddziałami SS i Wermachtu, o czym nigdy wcześniej nie słyszałem. W szkołach chyba do dziś nie uczy się o tamtych tragicznych wydarzeniach.

 

Po opustoszałym Bazarze Różyckiego hula dziś wiatr, a o powojennych, „kultowych”, praskich knajpkach mało kto już dziś pamięta. Nieliczni potrafiliby wskazać adresy, pod którymi tętniło w nich kiedyś barwne, smakowite i fascynujące życie.

 

Pragnę podzielić się tym wspomnieniem, by w ten sposób przypomnieć warszawiakom nieznany „praski” epizod z życia Sławomira Mrożka, mojego taty Jana i samej Pragi, na której powstały te niezwykłe rysunki – świadectwa tamtych, tak już odległych i niełatwych, lecz fascynujących lat.

 

Adam Drogomirecki, syn Jana

 

Jan Drogomirecki, 1959