29.08.2024 / Aktualności, Izba Pamięci przy Cmentarzu Powstańców Warszawy
Wspomnienia z Powstania Warszawskiego
Przedstawiamy cykl wspomnień z Powstania Warszawskiego. Część z nich ujrzy światło dzienne po raz pierwszy i będą to relacje pochodzące z „Pamiętnika Warszawiaka”.
𝟭 SIERPNIA 𝟭𝟵𝟰𝟰
„Godz. 18.00 Der Wehrmacht podaje do wiadomości, że ktokolwiek znajdzie się na ulicy będzie zastrzelony, dom zaś z którego padłyby do Niemców strzały będzie zrównany z ziemią”.
Źródło: Wiktor Nowakowski, „Notatki z Powstania Warszawskiego”, Stowarzyszenie Naukowe Archeologów Polski Oddział w Łodzi. Instytut Archeologii UŁ, Łódź 2020.
𝟮 SIERPNIA
„Seria z rozpylacza, potem druga… Zerwałam się – aha, to Powstanie. Za oknem wstaje dzień bezsłoneczny. Godziny się wloką, nic nie ma do roboty, rannych jeszcze nie ma, chwała Bogu.
Schodzę do bramy. Stoją krzesła, ławki i jakoś tam mniej nudno. Kamienica [ul. Widok 7] zaczyna żyć swoim mniej więcej normalnym życiem. Gotują, wynoszą śmiecie… Tylko wszystko zaczyna być jakieś ogólne, wszyscy ze sobą są zaprzyjaźnieni. Ludzie mają uczucie, że jakiś koszmar odpadł. […] Aleje Jerozolimskie ciągle pod ostrzałem. Na ulicę Widok nosa nie można wychylić, za każdym razem gdy ktoś usiłuje wyjść, padają strzały z karabinu. Ktoś wstrzelał się w bramę, a może nawet we wszystkie bramy po nieparzystej stronie, od czasu do czasu “zasuwa” serię na wszelki wypadek i zupełnie paraliżuje nasze ruchy.
[…] W bramie Bracka 17 leży ciężko ranny. Patrol na ochotnika… Pierwsza wyprawa – prowadzi ją dr J. [Janina Krzyżanowska „Josek”, siostra Autorki]. Ustawiają się w bramie, trzeba przebiec do bramy po drugiej stronie ulicy, a potem znów do następnej… Jest ich do rogu i jedna za rogiem. Ostrożnie wysuwają się z bramy i zatrzymują we wnęce. Panuje zupełna cisza. Serca biją mocno nam pozostałym […]”.
Źródło: Wspomnienia Bronisławy Magdaleny Suszczyńskiej-Ochman, „Zagłada Miasta. Świadectwa ludzi Powstania”, Ośrodek KARTA 2020.
3 sierpnia
„Wczoraj wieczorem bitwa rozgorzała na dobre. Słychać też znowu dalekie armaty z frontu. Wczoraj nad wieczorem wielki pożar gdzieś w rejonie Dworca Głównego. Przychodzą niepewne wiadomości, jakoby Dworzec Główny, plac Napoleona i most Kierbedzia miały być w rękach polskich. Deszcz ciągle pada. Miasto drży od huku, czasem niebo dygocze odblasków.
Dziś rano zbudziło mnie i Annę rzewne gwizdanie młodej wilgi pośród zupełnej ciszy. Potem w ciągu dnia na przemian cisza i przeraźliwa strzelanina. O zmroku miasto zasnuwa się siwym dymem. Widać łuny, czuć woń spalenizny, na podwórko lecą zwęglone strzępy papieru.
Około siódmej samoloty sowieckie nad miastem, słychać jakby huk bomb. Schodzimy do piwnicy, skąd jednak wkrótce wracamy. O dziewiątej i pół przez otwarte okna mojego pokoju w bławej mgiełce po raz pierwszy śród tej strzelającej ciszy słyszymy wielką ludzką wrzawę. Rozpoznajemy słowa: „Niech żyje…” a potem ogromny tłumny śpiew Roty gdzieś od strony Zbawiciela. Rozpłakałam się. Późno w nocy nie możemy spać. Dziwne rozmowy z Anną”.
Źródło: Maria Dąbrowska, „Dzienniki z Powstania Warszawskiego”, Wydawnictwo LTW, Łomianki 2020.
4 sierpnia
„Dnia 4 sierpnia o godzinie dziewiątej rano rozwścieczone żandarmy wpadli do naszego domu. Natychmiast wszyscy schodzić na dół. Krzyczeli. Czym prędzej ubieramy się. Wychodzimy. Ulicy swojej nie mogliśmy poznać. Istna sodoma i gomora w tak krótkim czasie. Nad głowami świszczą nam kule. Od huku zatykamy uszy, trzymając się za głowy. Pędzą nas jak bydło do hali przy ul. Rakowieckiej. Tam były koszary. Rozdzielono nas. Mężczyźni osobno i kobiety. Płakaliśmy jak małe dzieci. Tego samego jeszcze dnia nasz dom został podpalony. Nasz dom przy ul. Sandomierskiej 21, który był jako pierwszy podpalony z domów Mokotowskich”.
Źródło: Wspomnienia Jadwigi Dąbrowskiej obejmują okres od 1 sierpnia 1944 do 4 stycznia 1945 r.., czas powstania 22 stycznia 1948 roku, w chwili wybuchu Powstania autorka miała 18 lat. „Pamiętnik Warszawiaka”.
5 sierpnia
„Po pewnym czasie, kiedy wokoło była cisza, wyszłam na podwórze. Przed budynkiem, z którego wyszłam, leżeli na ziemi zabici – mężczyźni i kobiety w ilości około 30. Wyglądało to tak, jakby zostali rozstrzelani pod murem. Przeszłam dalej i przed palącym się budynkiem, w którym mieściła się kaplica szpitalna, pod murem, zobaczyłam stos ułożony z ciał ludzkich, poukładanych jedne na drugich. Było tam kilkadziesiąt osób. Na stosie tym zauważyłam zakonnicę, która jeszcze żyła i błagała o ratunek. W mojej obecności umarła. Niemców nie spotkałam nigdzie (…)”.
Źródło: „Zapisy Terroru II Warszawa. Zbrodnie niemieckie na Woli w sierpniu 1944 r.”, Ośrodek Badań nad Totaliryzmami im Witolda Pileckiego, 2017.
6 sierpnia
„(…) Wraz z mężem moim Michałem Staszkiewiczem i dzieckiem mieszkałam w schronisku Rady Głównej Opiekuńczej mieszczącym się na terenie fundacji im. Staszica, w budynku znajdującym się na rogu ul. Wolskiej i Okopowej.
Około 11.00 rano 6 sierpnia do piwnicy, w której się znajdowałam, weszło dwóch żołnierzy niemieckich uzbrojonych w karabiny i kazali wyjść wszystkim mężczyznom, kobiety miały pozostać. Mężczyźni w liczbie około 20 zostali wyprowadzeni na podwórze. Następnie jeden żołnierz wrócił i kazał wszystkim kobietom przejść do sąsiedniej kuchni, tu nas zamknięto na klucz. Zaraz potem przyszło jeszcze dwóch żołnierzy i zabrali spośród kobiet trzy młode dziewczyny (dwie 15-letnie i jedną 16-letnią) nazwisk nie pamiętam, i wyprowadzili. Po chwili usłyszałyśmy bardzo silny huk padających z bliska strzałów.
Po 15 minutach wróciły kolejno owe trzy zabrane dziewczynki. Opowiedziały one, że zaprowadzono je na podwórze i kazano patrzeć na to, co się dzieje. Po murem domu ustawiono wyprowadzonych z piwnicy mężczyzn i dawano do nich salwę z karabinu maszynowego. I wszyscy padli na ziemię. Następnie dziewczynkom pozwolono powrócić do nas. Ja, usłyszawszy powyższe, wyskoczyłam do sąsiedniej piwnicy, skąd przez zakratowane okno widać było podwórze. Zobaczyłam leżących nieruchomo na ziemi w różnych pozycjach naszych mężczyzn (krwi nie zauważyłam). Wśród nich rozpoznałam: Kazimierz Jaworek, Konstanty Krzystopolski, Antoni Murawski, Antoni Brzewski i jego brat (imienia nie znam), Henryk Własik i ojciec jego (imienia nie znam), Jan Świderski, Jan Markuszewski, Pawlikowski, Czekański (imion nie znam) oraz mój mąż Michał – wszyscy mieszkańcy schroniska RGO oraz lekarz z Miejskiego Ośrodka Zdrowia (nazwiska nie znam).
Około 7.00 wieczorem przyszli do naszej piwnicy trzej żołnierze niemieccy i kazali nam (same kobiety w ilości 20) wyjść na podwórze. Stąd przeprowadzili nas przez bramę na ul. Wolską. Przechodząc, widziałam na podwórzu w pobliżu bramy leżące trupy zabitych mężczyzn i młodych chłopców, bezładnie jedni na drugich, było ich około 50. Nas poprowadzono do kościoła św. Wojciecha, skąd następnie do Pruszkowa. Z obozu w Pruszkowie zostałam wysłana na Dolny Śląsk na roboty, pracowałam w fabryce broni w Wustewaltersdorf koło Wrocławia do czasu wejścia wojsk sowieckich”.
Źródło: Wspomnienia Anny Staszkiewicz, „Zapisy terroru II Warszawa. Zbrodnie niemieckie na Woli w sierpniu 1944 r.”, Ośrodek Badań nad Totaliryzmami im Witolda Pileckiego, 2017.
7 sierpnia
„(…) Oddziały Reinefartha i Dirlewangera wraz z jednostkami pancernymi dywizji SS „Herman Goering” rozpoczęły natarcie na osi Wolska – Chłodna – Ogród Saski. Niemcy; po zajęciu fragmentu Woli (do placu Kercelego) dobywali rzezi ludności cywilnej poprzez rozstrzeliwanie i wrzucanie żywcem do ognia.
Pozbieraliśmy, co się dało. Mam zawiązała w koc rzeczy, a w nich jakiś przedmioty, pościel i ten tobołek na plecach niosła. My z bratem mieliśmy tornistry szkolne, ja miałam większy, a brat mniejszy. Mama co tam miała, to nam powkładała do tornistrów. I poszliśmy, zostawiając cały nasz dobytek.
Ja się pytam, „gdzie idziemy?”, a ojczym odpowiada, że idziemy na Stare Miasto. To ja pytam, „ale po co?” Na to ojczym: „nie bądź ciekawa!” Był zdenerwowany, bo miał zbiórkę w Ogrodzie Saskim i stamtąd szedł po nas trzy dni i trzy noce na Chłodną 4. Musiał się kryć i chować. Szedł do nas schronami.
Warszawiacy przebili ściany piwnic pomiędzy domami i można było w ten sposób przejść na całą ulicę – schronami. My właśnie tak szliśmy – piwnicami do Nalewki (tak mi się wydaje, nie pamiętam zbyt dokładnie), obok była Straż Pożarna. Wyszliśmy na górę z piwnic. Zatrzymaliśmy się nocą w budynku Straży Pożarnej, niedaleko dzisiejszego budynku Urzędu Dzielnicy Wola. Dostaliśmy tam gorący posiłek. Teraz już nie ma tego bloku. Na jego miejscu urządzono przystanek, a po drugiej stronie urząd dzielnicy. Tam właśnie była Straż. Dostaliśmy tam pomoc, mogliśmy się umyć, zjeść i przenocowaliśmy jedną noc na pryczach. Miałam na sobie dwie sukienki, kilka par pończoch i buty.
W trakcie przechodzenia z Chłodnej na Freta, na jednym z podwórek zobaczyliśmy wstrząsający widok. Jakaś kobieta była otoczona przez grupę ludzi, o coś ją pytali, potem obcięli jej włosy. Poznałam, że była to nasza sąsiadka. Miała męża Niemca. Nie rozumiałam, co się dzieje”.
Źródło: Bożena Sowarska-Wyszyńska, „Alusia. Powstańczy świadek”,. Warszawska Firma Wydawnicza SC, 2017.
11 sierpnia
„Jedenastego sierpnia o godzinie piątej popołudniu dowództwo powstańcze naszego odcinka komunikuje nam, mieszkańcom na wpół już rozwalonego domu: „Powstańcy odchodzą kanałami”. Dla nas „cywilnych” dopełni się zaraz los. Myśl ani przez chwilę nie zatrzymuje się nad ruiną mieszkania i bytu. Tylko teraz odejść stąd. Nie rozpoznamy potem szczątków syna.
Zniknęli Powstańcy w czeluści wykopu. Komenda, jakby ucichła, ale coraz bliżej słychać dzikie wrzaski nacierających. Zagotowało się w podziemiach. Starzy i młodzi, mężczyźni i kobiety, wszyscy usiłują teraz przygotować się na tułaczkę. Stary mój ojciec przyciska ręką tekę z dokumentami i domaga się trucizny. Przeczuwał może biedak straszny koniec. Gorączkowo napełniłem trzy walizeczki; w torebce fotografie synów, w ręce dwie ich kurtki. Sami jesteśmy w łachmanach po jedenastu dniach walki. Wśród huku granatów wyrzucanych przez okna, wśród walącego się gruzu tłum milczących ludzi posuwa się krok za krokiem lochami, z pożarem nad głową, z pękaniem duszących pocisków za i przed nami. Mijamy izbę rannych. Jest ich kilkunastu. Leżą nieruchomi, rysy ściągnięte bólem i rozpaczą. Sanitariuszki młodziutkie, pobladłe, niemal wokoło ogień i dym gryzący”.
Źródło: Wspomnienia Zofii Wędrychowskiej, „Pamiętnik strasznych lat. Historia tylko jednej rodziny”. „Pamiętnik Warszawiaka”.
12 sierpnia
„Jeśli komuś się wydaje, że praca w powstańczej kuchni żołnierskiej była łatwiejsza lub lżejsza od innych, to naprawdę jest w błędzie.
Może na prawdziwej wojnie, gdzie gotowanie odbywało się tak zwanych tyłach frontu – tak jest. Ale w Warszawie nie było tyłów. Front stanowiły każda ulica, każda brama, każdy dom.
Nieraz szorując wielkie zakopcone kotły lub mając zanurzone ręce w wypełnionej talerzami wanience myślałem z żalem, że z zwiększą przyjemnością strzelałbym do Niemców.
Bo cóż? Nie było wtedy recepty na utrzymanie życia. A w walce to tak jakoś wydawało się łatwiej umrzeć, niż nad brudnymi naczyniami. Ale taki był rozkaz władz zwierzchnich i trzeba go było honorować!
W pierwszym okresie Powstania, kiedy nie znało się jeszcze aprowizacyjnych trudności, każdy chętnie sic dzielił się żywnością. Możliwość długiego trwania Powstania wydawała się nierealna!
Przyniosłyśmy z panią Teresą i Krysią z poniemieckich magazynów, które mieściły się na Hożej i Poznańskiej, margarynę, fasolę, chleb, miód, ba – nawet oryginalne śledzie, wzbudzające apetyt nie wojskowej ludności.
Ale nikt tego żołnierzom nie zazdrościł, przeciwnie – ofiarność warszawiaków dla powstańczego wojska była tak ogromna, że apelując o jakiś drobiazg do jednego człowieka otrzymywało się pomoc od wszystkich, którzy zdążyli o tym się dowiedzieć.
Gdy poprosiłam o trochę pieprzu, którego brakowało nam w świeżo zorganizowanej kuchni, otrzymałam go tyle, że śmiało mogłabym podać dla całego plutonu.
Ducha zaś podtrzymywały przynoszone codziennie przez łączniczkę biuletyny, które zawierały wiadomości imponujące. Coraz więcej ulic znajdowało się w polskich rękach. Otwarta walka z Niemcami skoncentrowała się raczej na przedmieściach Warszawy. Śródmieście, oprócz sporadycznych ataków podejmowanych przez obydwie strony na poszczególne punkty, żyło stosunkowo spokojnie”.
Źródło: Wspomnienia Krystyny Wierzbowskiej pochodzą z „Pamiętnika Warszawiaka”, archiwum Muzeum Warszawy.
13 sierpnia
„Wobec tych wszystkich wymyślnych sposobów, jakie zastosowali Niemcy niszcząc planowo Warszawę, karabinowe strzały wydawały się ukąszeniami złośliwej muchy, choć i one niejedno zmarnowały życie.
W każdym razie „krów” bałam się najbardziej. Sam już dźwięk, znamionujący wystrzał siejący spustoszenie, dopóki się do niego nie przyzwyczaiłam, doprowadzał mnie do szału.
Kiedyś usłyszałam go biegnąc z kuchni do stołówki z pełnym kociołkiem zupy. Postawiłam kocioł w pierwszej chwili na podwórku, ale natychmiast zabrałam go stamtąd z dwóch przyczyn. Posunięcie takie nie było godne żołnierza i fasolowa tego dnia była wyjątkowo dobra.
Gdy wbiegłam zdyszana do pokoju, w którym w oczekiwaniu na obiad siedzieli moi koledzy, mury domu trzęsły się niemniej od moich nóg.
– Pani to widać, że frontu nie widziała! – śmiał się stary wąsaty wachmistrz, który jak twierdzili koledzy służył jeszcze w c.k. armii.
Trochę się zawstydziłam i postanowiłam być bardziej opanowana. Początkowo nie było to łatwe, ale z czasem doszłam do takiej perfekcji, że nigdy nie stworzyłam nawet pozorów obawy przed „krową”.
Źródło: Wspomnienia Krystyny Wierzbowskiej pochodzą z „Pamiętnika Warszawiaka”, archiwum Muzeum Warszawy.
15 sierpnia
– „Mamusiu – powiedziałam cicho.
Podniosła twarz i patrzyła na mnie nierozumiejącymi nic oczami.
– Kto to ?
– Ja, Krystyna.
Matka chwyciła mnie za rękę.
– Co ty tu robisz?
– To, co robią wszyscy młodzi!
W świetle latarki dojrzała na wojskowej kurtce biało-czerwoną opaskę.
– Jesteś łączniczką?
– Nie, pracuję w kuchni.
Cisza. Serce biło mi mocno. Sytuacja zaczynała być głupia.
– Tatuś jest również na placówce. Jadwiga i Hanka żyją i mieszkają na Wilczej.
Znowu przedłużająca się w nieskończoność cisza.
– Idę już dalej mamo, bo zdaje się, że samoloty przeszły.
Wstała i przytrzymując mnie mocno za rękę powiedziała cichutko:
– Niech cię Bóg prowadzi!
Wybiegłam z piwnicznego otworu, a kiedy znalazłam się na małym podwórku i zobaczyłam w górze wycinek błękitnego nieba, wpatrzyłam się w nie pełnymi oczami łez. Ludzie przechodzący przez podwórze potrącali mnie, aż wreszcie jakiś młody żołnierz huknął ostro:
– Czego koleżanka szuka w gwiazdach? Nie można tak stać na środku, tarasując drogę.
Uwaga była słuszna.
Biegnąc przez ciemne piwnice obcych domów powtarzałam ciągle myśli:
– Jakie życie jest dziwne, jakie dziwne…”.
Źródło: Wspomnienia Krystyny Wierzbowskiej pochodzą z „Pamiętnika Warszawiaka”, archiwum Muzeum Warszawy.
19 sierpnia
„Rano wychodzimy wskutek obstrzału artylerii. Nasze lokum – Miodowa 23 nie istnieje.
Pan Bóg się nami opiekuje, bo po wyjściu wstępujemy do pawilonu Sądu Okręgowego na wprost Hipoteki. Tylko dzięki temu schowaniu się za mury ocaleliśmy. Zasypało nas nieźle. Byliśmy przekonani, że to już koniec! Gubię koc, Łada teczkę. Wracamy do więzienia na Daniłowiczowską 7. Moc nalotów – 9. Okropny dzień.
Z jedzeniem słabo – jemy jeden raz, zupa i kawa. Śpię na drugim piętrze. Na więziennym łóżku, żelazne pręty, kładę dwa puste papierowe sienniki. Strzelanina w nocy z armat. Zmieniam koszulę. Brudna pod głowę. Pręty wbijają się w plecy, boki. Miałem opatrzoną nogę”.
Źródło: Wiktor Nowakowski, „Notatki z Powstania Warszawskiego”, Stowarzyszenie Naukowe Archeologów Polski Oddział w Łodzi. Instytut Archeologii UŁ, Łódź 2020.
22 sierpnia
„Czym dłużej trwało Powstanie, tym ciężej było zachować pogodę ducha. Powoli do wszystkich serc zaczęło się wkradać zwątpienie i przyoblekać zmęczone twarze smutkiem. Sytuacja była i zdawaliśmy sobie z tego jasno sprawę. Po Starym Mieście zaczęły stopniowo padać i inne dzielnice. Coraz więcej zburzonych domów powiększało Ilość koczujących ludzi, którzy mieszkali po obcych piwnicach, niejednokrotnie z maleńkimi dziećmi, wygłodniali i zziębnięci. Ogromny napływ uciekinierów, którym udało się przedostać w ostatniej chwili do śródmieścia z otoczony przez Niemców dzielnic, powiększał panujący głód. Nie można się dziwić, że w tych warunkach, kiedy zapasy żywnościowe były już na zupełnym wyczerpaniu, wrażliwość na cudze nieszczęścia zaczęły znikać i szerzył się coraz większy egoizm.
Żołnierzom gotowało się jedynie kaszę, z początku trzy razy dziennie, później zaszła potrzeba ograniczenie do dwóch razy. Najbardziej szkoda było dzieci. Patrząc na rozgorączkowaną twarzyczkę Ewuni, którą Jadwiga co kilka minut łapała z łóżeczka na ręce i zbiegała do piwnicy przed nalotem łub obstrzałem, doznałam bolesnego skurczu.
Możliwości leczenia nie było żadnych. Trzeba się było zdać na łaskę bożą i tylko usilnie wierzyć, że choroba minie. Pieniądze straciły jakąkolwiek wartość, szerzył się handel zamienny wyłącznie żywnością, bo do wszystkich dóbr materialnych nikt nie przywiązywał wówczas najmniejszej wagi. Deptało się po rozłożonych w piwnicach pięknych puchowych kołdrach i futrach, które rozkładano dla ochrony przed wilgocią w czasie spania.
Ograniczone do minimum możliwości aprowizacyjne w żołnierskiej kuchni, w której pracowałam, zmuszały do większej bezczynności. Objaw ten dał się zauważyć na wszystkich odcinkach. Nadmiar czasu pozwolił na snucie gorzkich refleksji i analiz, które objawiały się ogólnym zniechęceniem i rozgoryczeniem. Tylko lekarze i sanitariuszki mieli z każdym dniem więcej pracy. Szczególnym bohaterstwem wyróżniały się te, których zadaniem było nieść pierwszą pomoc na linii walki rannym żołnierzom”.
Źródło: Wspomnienia Krystyny Wierzbowskiej pochodzą z „Pamiętnika Warszawiaka”, archiwum Muzeum Warszawy.
23 sierpnia
„Pogrzeby odbywały się niemal codziennie: albo pojedyncze, albo grupowe, nieraz nawet późnym wieczorem. Bardzo uroczysty, przy salwie honorowej, był pogrzeb kapitanów. Korwina i Hajduczka. Całe dowództwo, żołnierze, cywilna ludność brali udział w obrzędach pogrzebowych. Żegnaliśmy poległych, naszych bohaterów, modlitwą i przemową. Trumien – prostych, zwykłych – udzieli mi ofiarnie stolarz z Czerniakowskiej, kilka domów za narożnikiem ul. Chmielnej. Nazwiska ofiarodawcy nie pamiętam. Było ich mnóstwo! Może 50, a może więcej.
Początkowo chowałem każdego poległego w osobnej trumnie, lecz gdy zauważyłem, że szybko ich ubywa, chowałem albo w spodzie, albo na wierzchu trumny, które zwykłymi deseczkami przybijaliśmy. Gdy już i tych zabrakło, chowało się poległych owiniętych w pelerynę, prześcieradło, a w końcu tylko twarz okrywało się kawałkiem materiału”.
Źródło: Janina Skiwska – łączniczka „Janka” w Batalionie AK „OAZA”, „Moje Powstanie po 60 latach we wspomnieniach Czytelników „Naszego Dziennika”, Fundacja „Nasza Przyszłość”, Szczecinek 2004.
25/26 sierpnia
„Pewnego dnia około 25-26 sierpnia w godzinach popołudniowych trochę ucichły działa, wyszło nas więc sporo do bramy, aby zaobserwować, co się dzieje. Naraz zupełnie znienacka słyszymy, że samoloty lecą. Mną kierował jakiś wewnętrzny głos, aby zaraz schodzić do piwnicy, a że byłam blisko wyjścia, więc bardzo szybko wbiegłam i stanęłam w piwnicach przy archiwum O.O Jezuitów.
Za mną zdaje się jedna lub dwie osoby zdążyły przejść wąskie przejście, prowadzące właśnie do tych piwnic. Potem stała się straszna rzecz, samoloty specjalnie nadleciały nad nasz dom i zburzyły go. Ludzie, którzy biegli do piwnic i ci, którzy stali przy klatce schodowej zginęli w gruzach. Wstrząs, huk i jęk ludzi ginących był nieopisany. Utworzyła się ścianka z trupami, sekundy odgrywały rolę, aby ci ludzie widoczni w ściance przedostali się na miejsce, gdzie gruzy nie posypały się. Między innymi zwisała głowa administratora naszego domu p. Józefa Mioduszewskiego. Przyczołgał się on przed paru dniami do naszej piwnicy w ranach po utracie swego domu przy ul. Rybaki. Pan Lokajonko zajął się nim, dał miejsce do leżenia, trochę podleczył się i teraz zginął. Ogółem zginęło wówczas około 30 osób.
Za parę minut przedostał się do nas ksiądz Kliszko z Katedry i odprawił nabożeństwo za poległych i konających w gruzach. Byliśmy mu wdzięczni, Że w tak ciężkiej chwili przyczołgał się do nas i pokrzepił nas na duchu, pomimo, że sam był przysypany i z trudem utorował sobie drogę. Po tym wypadku myśleliśmy więcej o śmierci, niż o jakimś jeszcze życiu dla nas”.
Źródło: Wspomnienia Lidii Mazokówny, spisane 19 marca 1948 r., Siedlce. W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego autorka mieszkał na Rynku Starego Miasta. „Pamiętnik Warszawiaka”, archiwum Muzeum Warszawy.
30 sierpnia
„Tak już było, że w nadmiarze rozpaczy i nieszczęść następuje gwałtowny nawrót do religii. Codziennie od wybuchu powstania zbierali się ludzi by przed małym ołtarzykiem wzniesionym na podwórku, wspólnie się pomodlić. W pierwszych dniach modlono się o zwycięstwo, w miarę czasu o przetrwanie, teraz tylko o spokojną śmierć.
Dziwna rzecz, że ludzie wyróżniający się pracowitością i odwagą, ludzie którzy przez cały czas nie potrafili się w najcięższych chwilach załamać, słysząc śpiewane wspólnie „Boże coś Polskę…” przestawali nad sobą panować. Było w tym coś urzekającego i mistycznego.
Widok postawionej ad hoc ubikacji i wykopany pod studnię dół obok mogił poległych żołnierzy i ołtarzyka na tle zburzonego domu, oświetlonego krwawym blaskiem łun, sprawił niesamowite wprost wrażenie.
Nie mogłam oderwać oczu od pana Sawy, imponującego mi w czasie powstania swoją wytrwałością i dzielnością, a załamującego się zupełnie przy wieczornej modlitwie. W ostatnich dniach stała się ona tak gorąca i błagalna, że nie wyobrażam sobie, by nie wzruszyła niebieskiego tronu.
Szczególnie przy słowach „Ojczyznę wolną racz nam wrócić Panie…” chwytało coś za gardło mocnymi kleszczami i głos się załamywał. Przepojone największym pragnieniem rychłego tych słów ziszczenia dośpiewały serca świętą prośbę. Pan Sawa, chwytając się wtedy kurczowo balkonowej balustrady, bił głową o mur”.
Źródło: Wspomnienia Krystyny Wierzbowskiej pochodzą z „Pamiętnika Warszawiaka”, archiwum Muzeum Warszawy.
1 września
„1 września przybiegła do nas pani Jadzia Lokajenko, sanitariuszka AK, wzięła kurtkę i oznajmiła, że AK opuszcza już, Starówkę i łączy się kanałami z resztą Powstańców w Śródmieściu i na Mokotowie. Przygnębienie zapanowało wielkie. Pan Lokajenko, ojciec pani Jadzi, wyjrzał na Rynek, co się dzieje, jednak nieszczęśliwie, gdyż padały jeszcze strzały i pan Lokajenko upadł przy domu. Dali nam znać z sąsiedniego domu nam znad z sąsiedniego domu (Stare Miasto 3), że on leży ,więc wnieśliśmy go, całą noc ratowaliśmy, rana była w głowie, nie odzyskał przytomności.
Ponieważ mężczyźni nie chcieli się narażać własowcom, pani Lokajenkowa, która była zajęta wnuczkiem małym i drugą córką chorą, zwróciła się do mnie: „Panno Lidziu, chyba pani mojego męża wydobędzie na Rynek, aby w tych ciemnościach nie skonał, a na powietrzu – więc ja sama wyciągnęłam nieprzytomnego pana Lokajenko, przy końcu pomogła mi kobieta staruszka – zostawiłyśmy nieszczęśliwego przed domem. Wpadłam do piwnicy, aby coś wziąć, własowcy nie pozwalali nawet mówić, że tu wrócimy, że idziemy tylko na Plac Zamkowy na obserwację. Zamykaliśmy na kłódki resztę ocalałych piwnic z myślą, że tu wrócimy.
Uszeregowali nas i zaraz na wstępie zdarli pierścionki, obrączki łańcuszki złote. Pani Lokajenkowa spojrzała tyłka na męża (w jednym dniu córka odeszła kanałami, w drugim męża zostawia konającego) łzy jednak wówczas nie były aktualne. W drodze zauważyliśmy, że Katedra u podnóża była jeszcze dość silna, że można by coś odgrzebać, kolumna Zygmunta leżała na Placu Zamkowym w dali było widać pomnik Mickiewicza, były pomniki Bogusławskiego i księcia Józefa Poniatowskiego”.
Źródło: Wspomnienia Lidii Mazokówny, spisane 19 marca 1948 r., Siedlce. W chwili wybuchu Powstania Warszawskiego autorka mieszkał na Rynku Starego Miasta. „Pamiętniki Warszawiaka”, archiwum Muzeum Warszawy.
8 września
„A my dalej żyliśmy cukrem lub dzięki niemu zdobytą żywnością. Jadło się już tylko raz dziennie i to w takiej ilości, która była za dużą żeby umrzeć, a za małą żeby żyć dalej.
Były wprawdzie zrzuty żywności, ale tak małe w stosunku do potrzeb, ze nie można było ich nawet z daleka zobaczyć. Któregoś dnia ujrzeliśmy wysoko lecące samoloty. Warkot maszyn zagłuszała silna strzelanina niemieckiej artylerii lotniczej, która pokryła wkrótce całe niebo ciemnymi obłoczkami.
Ludzie niepomni na niebezpieczeństwo, grożące od deszczu spadających odłamków, wybiegli przed domy. Można było zauważyć zrzuty. Z olbrzymiej wysokości skrzynie wyglądały jak ludzie.
– Desant! Desant! – krzyczano, rzucając się sobie wzajemnie w objęcia i płacząc z radości.
Ale rzekomy desant okazał się tylko zwykłymi zrzutami lekarstw, żywności itp., które zbyt późno przyszły zasilić osłabioną Warszawę. Na domiar złego dostały się one w olbrzymiej większości w niemieckie ręce, do powiększenia jeszcze liczby ofiar walczących z zacięciem o ich odbicie”.
Źródło: Wspomnienia Krystyny Wierzbowskiej pochodzą z „Pamiętnika Warszawiaka”, archiwum Muzeum Warszawy.
15 września
„15 września już nie było wody w Warszawie. To nas do reszty przygnębiało. Bez wody przecież nie mogliśmy istnieć. Ale co człowiek w nieszczęściu nie wynajdzie. I na to znalazła się rada. A więc wszystkie miski, garnki, dzbanki, balie powystawialiśmy na gruzy, żeby zdobyć chociaż wodę deszczową. Nawet podczas obfitych opadów deszczu, na podwórku zbierały się kałuże wody. Wodę tę zbieraliśmy i filtrowaliśmy przez watę i musiała służyć nam do gotowania. Ale mimo tego to wszystko było mało na tyle osób. Wybraliśmy się do sąsiednich domów w poszukiwaniu za wodą. I właśnie znaleźliśmy na jednym z podwórek, wodę w beczkach. Woda ta nie była zbyt świeża, ale wszystko się dało zrobić, grunt że była.
Wtedy brakowało nam tylko wolności. Żywność mieliśmy, wodę, te dwie rzeczy, które były najważniejsze do życia naszego. Niemcy prawie codziennie przychodzili na podwórko i penetrowali po kątach. Cukier, który mieliśmy ukryty w gruzach, zabrali nam. To też wszystko musieliśmy trzymać u siebie na górze. Tam było nasze mieszkanie i spiżarnia.
Strzały słychać było noc i dzień. Nocą nieraz było takie zaostrzenie, że dom się trząsł i sklepienia odkruszały się, wtedy schodziliśmy do piwnicy. Pamiętam jak pewnego dnia przeszły nad Warszawą całe serie samolotów, które rozpoczęły puszczać spadochrony, weszliśmy na sam szczyt i obserwowaliśmy ich, a może który zleci do nas. Ale próżne były to marzenia”.
Źródło: Wspomnienia Jadwigi Dąbrowskiej spisano 22 stycznia 1948 r., Gdynia. W chwili wybuchu Powstania autorka miała 18 lat (mieszkała przy ulicy Sandomierskiej 21), archiwum Muzeum Warszawy.
18 września
„Doktor jako jedyne honoraria za cały czas swego leczenia otrzymał od wdzięcznych pacjentów stary płaszcz i granatową jesionkę. Bardzo mu się przydały wobec nieposiadania żadnego własnego palta i panujących chłodów.
Tylko że wtedy, kiedy ziemia trzęsła się od wybuchów lub odpadał od wstrząsów tynk, doktor stojąc w otwartych drzwiach balkonu potrafił przez kilka minut się zastanawiać, które z tych okryć nałożyć, schodząc do piwnicy. Z tymi lekarzami to różnie bywało.
Pamiętam, jak Ewunia zachorowała na czerwonkę. Zaraz po ukończonej pracy postanowiłam pobiec do dziecinnego lekarza dr Fiszera, który mieszkał na Koszykowej. Przyszedł podczas okropnego nalotu. Opukał, ostukał i zostawił jeszcze własne lekarstwo.
– Panie doktorze, ale jak będzie z honorarium? Pieniądze nie mają w tej chwili żadnej wartości, więc może choć trochę kaszy czy mąki? – mówiła Jadwiga.
Doktor Fisz uśmiechnął się.
– Czy pani mam jej za dużo? Nic nie wezmę. Ale jeśli to leży w pani mocy, to proszę mi dać się umyć. Cały dzień biegam do chorych dzieci, które przeważnie leżą w piwnicach. W jednym domu leży w piwnicy jednocześnie kilkoro dzieci chorych na szkarlatynę. Nie mam możności nawet umyć się.
Kiedy wycierał ręce popatrzył na Jadwigę i powiedział:
– To było najwspanialsze honorarium, jakie w swoim życiu otrzymałem”.
Źródło: Wspomnienia Krystyny Wierzbowskiej pochodzą z „Pamiętnika Warszawiaka”, archiwum Muzeum Warszawy.
21 września
„A teraz Praga już zdobyta. Ludzie ciągną sznurami, procesja w obie strony, szrapnele i granaży znaczą swój ślad po drogach i ulicach, codziennie przywożą do nas ofiary, przeważnie cywilów, bo żołnierze idą do swoich jednostek sanitarnych.
Warszawa krwawi, znów czekamy.
Czytamy pierwsze numery gazety polskiej, nareszcie nie szmatławej gadzinówki, ale krótkie komunikaty naszej prasy, już nie podziemnej”.
25 września
„Już dwa miesiące dobiega, jak zaczęło się Powstanie. Boże mój, za trzy dni miałam być z powrotem w domu. Widzę, że w moim plecaku nie ma zeszytu, w którym notowałam dzień po dniu od początku Powstania. Został pewnie pod gruzami, bo wyjęłam go przed samym bombardowaniem. Szkoda. Dostałam od siostry Uli stary brulion, ołówek mam swój, był w kieszonce od bluzy. Będę starała się choć trochę odtworzyć wydarzenia ostatnich dni, ale to trudno, tyle faktów, tyle myśli kłębi się w głowie, coś się we mnie zmieniło, sama nie wiem co. Może ten prawie trzytygodniowy pobyt w szpitalu tak na mnie działa, te jęki, ten straszliwy ogrom bólu dokoła i śmierć… Codziennie wynoszą chłopców na podwórko i tam kopią mogiły.
Pamiętam, jak na parę dni przed natarciem poszliśmy z „Jurem” (pchor. Jerzy Kołodziejczak) do spowiedzi na Moniuszki. 0, były wtedy jeszcze dobre czasy, i kościółek stał, i ulice były. Ale niedługo potem zaczęło się piekło. Józek i „Bill” zostali ciężko ranni. Pamiętam tę drogę do szpitala w PKO. „Billa” nieśli koledzy, a ja z „Władą” (Władysława Puchała) – Józka. Droga jak na Golgotę, gruzy dochodziły do piętra. Myślałam, że żyły mi na rękach popękają, oczy wypłyną na wierzch od gryzącego dymu. Były momenty, gdy myślałam, że upuszczę nosze na gruzy. Józek był strasznie ciężki, chłopisko wysokie i jeszcze te jego saperki i plecak, z którym się nie chciał rozstać. Wreszcie dobrnęłyśmy do bramy.
Bałagan niesamowity, zaczęła się ewakuacja części rannych. Bardzo długo czekałyśmy, za nim go wzięli na stół operacyjny. Noc była koszmarna, siedziałyśmy na zmianę: raz przy „Billu”, raz przy Józku, który, jęczał z bólu. Po operacji już nikt się nim nie zajmował. Dostał jakiś środek uśmierzający i nad ranem zasnął. Gdy świtało, wyszłam ze szpitala, aby jeszcze przed nalotami wrócić i przynieść mu coś do picia. Niestety, powrót był już niemożliwy. Dopiero późnym wieczorem wybraliśmy się z „Jurem” do szpitala. Boże drogi, co za makabryczna droga. Ten koszmar mam ciągle przed oczami. Gruzy na piętro wysokie, resztki domów płonących po obu stronach ulicy, grożące lada moment zawaleniem. Dochodzimy do miejsca, gdzie stało PKO, a tam… kupa gruzów i płonących krokwi. Widok makabryczny. Ciała ludzkie wystające spod gruzów bądź też w pozycjach siedzących, oparte o jakieś słupy. Nosze z rannymi, którzy jęczą i płaczą, prosząc, aby jak najprędzej wynieść ich z tego piekła. Jakąś dziurą z półzasypanej piwnicy sanitariuszki wynosiły rannych z podziemi szpitala – ewakuacja za Aleje. Przeciskam się do miejsca, w którym można przejść na salę, gdzie leżał Józek. Nie ma go. Pytam siostry. Umarł nad ranem, czyli zaraz po naszym odejściu. Poszliśmy szukać „Billa” – już wyniesiono go za Aleje, zresztą z nim nie było najgorzej. Gdy wychodziłam z ostatnich ocalałych korytarzy prawie już opuszczonego szpitala, nie było już właściwie nikogo z wyjątkiem tych, których już nikt ewakuować nie będzie. Oparłam głowę o mur, aby trochę odpocząć. Poczułam ogromny żal i uświadomiłam sobie, jak bardzo jestem związana z tymi chłopcami, dziewczynami, z nimi wszystkimi – i dlatego to tak bardzo boli… Wracaliśmy na kwaterę. A tam gwar, śmiech, grają na organkach wesołe kawałki. A przecież w tym dniu stracili pięciu kolegów. Ale taka to powstańcza rzeczywistość. W parę dni potem nastąpiło straszliwe bombardowanie naszej placówki w Arbeitsamcie. Do sanitariatu przynieśli jakiegoś chłopaka ze zdartą skórą na głowie i coś tam było z nogą. Zaczęłam mu robić opatrunek. „Góral” i „Esiek” stali obok. „Esiek”, który nie rozstawał się ze swoim kb i ze skrzypcami, zaczął grać „Poemat” Fibicha. I nagle huk, trzask, ciemno – i nic już nie pamiętam, trafiło mnie. Tylko ta melodia „Poematu”, przy akompaniamencie której miałam umierać, dźwięczy mi w uszach do dziś. Zanieśli mnie na punkt opatrunkowy na Chmielną, zdaje mi się, że to była klinika „Omega”, ale nie jestem pewna. Noga początkowo rwała cholemie – a później jakby jej w ogóle nie było, nic nie czułam, straszliwie głupie uczucie. Położyli mnie na szeroką ławę czy stół, w każdym razie coś podobnego.
Lekarz, który podszedł do mnie, wyglądał jak rzeźnik w zakrwawionym fartuchu. Popatrzył, pochylił się nad moim rozwalonym kulasem i coś powiedział do stojącego obok młodzika, też w „białym”, zapaćkanym fartuchu. Usłyszałam tylko, że „lepiej amputować, bo może posunąć się do góry…”. Tym młodzikiem okazał się Staszek Walczak, student medycyny, przyjaciel i kolega F. z Podchorążówki. Błagałam, aby mi nogi nie ucinali za nic w świecie, wolę umierać, ale bez nogi nie chcę żyć. Ot, idiotka. Po pewnym czasie przyszedł Staszek, podłubał w nodze, posypał jakimś podobno cudownym proszkiem i zrobił opatrunek. Teraz dopiero zaczęło piekielnie rwać i palić. Głowę też mi obandażował, lewa strona twarzy była zadrapana i bardzo krwawiła. W pewnej chwili uświadomiłam sobie, że nic nie słyszę na lewe ucho. I tu zaczęło się bombardowanie i znowuż przenoszenie – na Jasną.
Ta podróż na Jasną była makabryczno-komiczna. Niosło mnie dwóch sanitariuszy. Jednemu z nich dyndała nad moją głową manierka z wódką, przytroczona do pasa. W pewnym momencie poczułam, że mnie coś cholernie pali nad oczami, a zaraz potem rąbnięcie w głowę, co mimo grubych bandaży odczułam bardzo boleśnie. Myślałam, że to już koniec, że znowuż mnie trafiło. Ale nie… żyję, to dyndająca manierka jednego z sanitariuszy najpierw zaczęła przeciekać, a później się urwała prosto na moją głowę.
Na jasnej znowuż bombardowanie i znowuż wynoszenie i Personel decyduje się na ewakuację za Aleje – tu, po tej stronie, jest beznadziejnie. Pamiętam, że przynieśli mnie na podwórze na ulicę Widok. Tam już dużo noszy z rannymi czekało na przejście przez Aleje. Straciłam nadzieję, że kiedykolwiek doniosą mnie do jakiegoś spokojniejszego miejsca, że zrobią mi opatrunek, że noga przestanie rwać i ten piekielny, otumaniający ból głowy ustąpi. Pośród noszy chodzi kapelan, zatrzymuje się przy niektórych, udziela błogosławieństwa. Stanął przy mnie, pochyla się i pyta: „A co tobie, synku?…”, i robi mi krzyżyk na czole. Poruszyłam głową i spod koca wysunął się warkocz. Chciałam mu powiedzieć, że ja nie „synek”. I tu kapelan wykazał poczucie humoru: „O, przepraszam, to Emilia Plater…”, pogłaskał mnie po policzku i poszedł dalej. Przeprawa przez Aleje była bardzo ciężka, masę ludzi czekało na przejście. Wykop dosyć głęboki, ale i tak sanitariusze musieli przechodzić zgięci wpół, co z noszami było bardzo trudne. Barykada była pod obstrzałem i tylko w pewnych godzinach można było przechodzić grupami, przeważnie nocą. Tłum cywilów też czekał na swoją kolejkę, ale pierwszeństwo mają ranni i matki z dziećmi. Byle tylko przejść, byle się tylko udało. Wszyscy mają nadzieję, że za Alejami będzie nareszcie można swobodnie odetchnąć. Dwunastego września przenieśli mnie do szpitala na Hożą pod trzynastym. Zaduch tu okropny, nie ma łóżek, wszyscy leżą na podłodze na siennikach, no ale już tu jestem i czekam zmiłowania Boskiego, byle jak prędzej stąd wyjść. Cieszę się, że chociaż trochę mogłam zrekonstruować wydarzenia poprzednich dni. Jak wrócę do domu, to sobie poczytam. Ale czy wrócę?”.
Źródło: Irma Zembrzuska, „Z Warszawą w sercu. Fragmenty pamiętnika 1944-1947. Wiersze 1941-1948”. Wydawnictwo Poligraaf, 2016.
2 października
„Nędza i ogrom cierpienia tak bardzo upodobniły do siebie wszystkich ludzi, podążających w stronę dworca zachodniego, że tworzyli oni jak gdyby jedną wielką plamę. Mimo to biła z tych twarzy jakaś godność, którą warszawiacy potrafili zachować.
Przez dłuży czas nie mówiliśmy do siebie nic, ani słowa. Bo i o czym można było wtedy mówić?
Oglądaliśmy w milczeniu zniszczenia wyrządzone działaniami, szukając w nich oderwania myśli od tego okropnego momentu, który miał za chwilę nastąpić – powtórnego spotkania z niemcami. Dla mnie osobiście świadomość tego, że nie uniknę zetknięcia się z nimi wydawała się przytłaczająco straszna. Po dwóch miesiącach drogo okupowanej wolności wrócić z powrotem do przedpowstańczej rzeczywistości wydawało się wprost nieprawdopodobieństwem.
Byliśmy między Scyllą a Charybdą.
Z jednej strony groziła nam nieunikniona śmierć w oblężonym mieście, z drugiej – i to było chyba najgorsze – tak dobrze znana nam niemiecka mściwość.
Jadwiga popychała wózeczek, w którym spała Ewunia, po uszkodzonym asfalcie jezdni, obok niej szedł Stach i Hanka, na końcu tatuś ze mną.
I nagle przy końcu alei Niepodległości… stało się. Zobaczyliśmy zielone mundury, odbierające z poczuciem germańskiej wyższości tę makabryczną defiladę warszawskiej tragedii. Chwyciłam ojca kurczowo za rękę i odwróciłam twarz. Coś zagotowało się we mnie niewypowiedzianym buntem.
Kilka kroków dalej jakiś niemiecki żołnierz próżno wyczekiwał amatorów na chleb, którego pełen kosz postawił przed nosem.
Warszawa była głodna, bardzo głodna, ale zbyt dumna na to, żeby jeść w tej chwili wrogi chleb. Niemiec, nie mogąc doczekać się chętnych, zaczął zapraszać przechodzących do brania.
– Ciekaw jestem, jak naprawdę wygląda ten Pruszków? – powiedział ojciec, – Czy istotnie można wierzyć temu, co piszą, że znajdziemy tam jakieś warunki?
Stach uśmiechnął się gorzko.
– Po co się zastanawiasz nad tym ojcze? Niedługo się sami przekonamy”.
Źródło: Wspomnienia Krystyny Wierzbowskiej pochodzą z „Pamiętnika Warszawiaka”, archiwum Muzeum Warszawy.
_______________________
Zdjęcie: Ulica Wspólna po nalocie, fot. Sylwester „Kris” Braun, 9 września 1944 r., zbiory Muzeum Warszawy.