fbpx

Używamy plików cookies do zbierania informacji dotyczących korzystania z serwisu Muzeum Warszawy i jego oddziałów. W każdej chwili możesz zablokować obsługę plików cookies w swojej przeglądarce. Pamiętaj, że zmiany ustawień w przeglądarce mogą ograniczyć dostęp do niektórych funkcji stron internetowych naszego serwisu.

Aktualności

15.07.2020 / Aktualności, Muzeum Warszawskiej Pragi

Koleżanki i koledzy. Rozmowa z Zeldą Klimkowską

Koleżanki i koledzy. Rozmowa z Zeldą Klimkowską

„Koleżanki i koledzy. Wystawa fotografii Zeldy Klimkowskiej” od 16 lipca gości w Muzeum Warszawskiej Pragi. O kulisach powstawania unikalnych praskich portretów  w rozmowie z Anną Kraus opowiada autorka zdjęć, Zelda Klimkowska. 

Anna Kraus: Zamieszkała Pani na Pradze Północ w latach 90. XX wieku. Jak wtedy wyglądała Praga? Czym różniła się od dzisiejszej?

Zelda Klimkowska: Była reliktem przeszłości. Bardzo malowniczym, choć mocno zaniedbanym. Oryginalność dzielnicy brała się z tego zaniedbania. Architektura, zachowane detale dekoracji, oryginalne kafelki w bramach, stare napisy na domach byłych właścicieli, przepiękne klatki schodowe, fajny widok z ostatniego piętra kamienicy na drugą stronę Wisły, na panoramę starego miasta Canaletta. Pamiętam, że ratowaliśmy żeliwne zlewy podwórkowe i te kafelki w bramach, które administracja chciała zamalować i tych ludzi, oryginałów, utrwalonych na moich zdjęciach. Czuć było w tej dzielnicy atmosferę małego miasteczka. Pani z warzywniaka, po imieniu, informowała mnie, co dziś syn kupił , co zjadł, co było w szkole. Pani z mięsnego dawała produkty „na zeszyt” jeśli zabrakło mi pieniędzy, w piekarni można było kupić jeszcze prawdziwy chleb. Było też kilka ryneczków gdzie sprzedawały gospodynie z podwarszawskich wsi. Te ryneczki funkcjonowały na zasadzie głuchego telefonu, gdzie i kiedy informował cię sąsiad.

AK: Za każdym portretem, który Pani wykonała, kryje się historia bohatera lub bohaterki. Jak nakłoniła Pani swoich bohaterów do zwierzeń? W jaki sposób zdobyła ich zaufanie?

ZK: To nie było proste. Owszem zdarzało się, że ktoś usłyszał o moim projekcie i sam się zgłaszał. Ale na ogół to ja chodziłam za ludźmi. Bywały niepowodzenia. Do dziś żałuję, że nie wzięła udziału w sesji pani z ulicy Wileńskiej, która kolekcjonowała porcelanowe pozytywki, zbierane od międzywojnia. Mieszkała w kamienicy na parterze, bo w czasie wojny, urwało dwa górne piętra. Zakratowane okna, pięć zamków w drzwiach i dwa duże psy w domu. Panicznie bała się kradzieży, zwłaszcza po tym gdybyśmy zrobiły zdjęcia w jej mieszkaniu, gdzie pozytywki stały wszędzie. Musiałam odpuścić. Chodziłam do niej na herbatki, jadłyśmy ciastka. Za niektórymi chodziłam i rozmawiałam kilka tygodni. Żeby wiedzieli po co to robimy, żeby spokojnie podjęli decyzję. W tym czasie poznawałam ich losy, ich rodzinę. W zależności od charakteru danej osoby, jedni się wahali, inni byli zachwyceni.

AK: Który bohater/bohaterka najbardziej zapadł/zapadła Pani w pamięć?

ZK: Trudno wybrać. Może Lesio, szef podwórka. Jest malowniczym człowiekiem, pełnym sprzeczności. Był lubiany przez wszystkich, choć to kontrowersyjna postać. Ale niezwykły był „amerykański” rozmach, z jakim urządzał swoje biuro, sypialnię, czy inne pomieszczenia w tych licznych klitkach starego magazynu. Otwierał restaurację, garaże samochodowe, galerię.

AK: Działała Pani trochę jak etnograf, tylko że zamiast prosić o nagranie wspomnień prosiła Pani o zdjęcia. Jak przygotowywała się Pani do sesji zdjęciowych?

ZK: Po pierwsze, zawsze wcześniej oglądałam miejsce, w którym odbędzie się sesja. Zazwyczaj było to miejsce zamieszkania lub pracy. Oceniałam warunki i podejmowałam decyzję, jaki sprzęt zabrać. Potem zaczynaliśmy od rozmowy, kawy, oswajania się.

AK: Portrety są pozowane. Kto decydował, w jakich ubraniach i z jakimi atrybutami wystąpią bohaterowie? Kto wybierał pozę? Pani czy model/modelka? Może był to efekt negocjacji?

ZK: Zawsze prosiłam ludzi o podjęcie decyzji, gdzie robimy zdjęcia, chyba że warunki techniczne były zbyt trudne. Ubrania, rekwizyty też były w ich gestii. Chodziło o to, by pokazali się z takiej strony, jaka ich satysfakcjonowała. To też dużo mówiło o ich charakterach. Nie prosiłam o pozowanie.

AK: Która sesja zdjęciowa była dla Pani najtrudniejsza?

ZK: Chyba taka, której efektu tu na wystawie nie ma. Miała miejsce w melinie. Model był na kacu, więc poprawił sobie nastrój. Z czasem trudno się było dogadać, a jak zaprosił kumpli, to musiałam się szybko ewakuować, zostawiając sprzęt. Ale odzyskałam go następnego dnia, po interwencji zaprzyjaźnionych sił. Tacy ludzie też byli i żyli na Pradze.

AK: Skąd wziął się pomysł, żeby portrety zbiorowe aranżować na rusztowaniach?

ZK: W przeciwieństwie do portretów indywidualnych, chciałam by społeczności praskie fotografowane były w identycznej przestrzeni . Jedność miejsca i ekspresji. Stąd inscenizacja w miarę neutralna, eksponująca unikalność bohaterów. Dla smakoszy zaś, to odniesienie do twórczości Irvinga Penna, który w podobnym anturażu fotografował elity nowojorskie sześćdziesiąt lat wcześniej.

AK: Portrety zbiorowe przedstawiają wspólnotę budowlaną w rodzinnej firmie, teatrze, osiedlowej siłowni, popularnej knajpce. Czym jest dla pani wspólnota? Z jakimi wspólnotami Pani się identyfikuje?

ZK: Tematem były „społeczności”. To grupy wspólnego działania, wspierania się. Nasze wspólne kontaktowanie się w obszarze sztuki uzmysławiało obu stronom jak różne potrafią być światy, z których przychodzimy. Tu bardziej chodziło o życzliwe zainteresowanie, niż identyfikację.

AK: Mieszkając na Pradze, weszła Pani w kontakt z osobami z tzw. szemranego towarzystwa. Co panią skłoniło do tego, żeby fotografować osoby notowane przez policję?

ZK: To przecież jest część społeczeństwa, wprawdzie marginalna, ale obecna. Tak się ułożyło, że  nad reprezentowana na Pradze. W liczbach – być może, a na pewno w stereotypowym postrzeganiu.

AK: Pokazywanie świata przestępczego było bardzo częste w mediach, filmach i serialach lat 90. XX wieku. Przestępczość w Warszawie była wówczas wyższa niż obecnie. Czy podejmując ten temat miała pani wrażenie, że opowiada o jakimś szczególnym fenomenie tamtych czasów?

ZK: Absolutnie nie, nie podejmowałam go, nie jestem śledczym. To był temat dla mediów. A w całej Warszawie istniał wtedy ten sam problem. Bardziej brutalny niż dziś, a może nie? Szczególnie, że poznając tę dzielnicę łatwo było dostrzec, jak oblicze Pragi było i jest nadal bardzo uproszczone.

Rozmowa towarzyszy wydarzeniu: Koleżanki i koledzy. Wystawa fotografii Zeldy Klimkowskiej

Realizacja (wywiad i redakcja): Anna Kraus, Muzeum Warszawskiej Pragi