fbpx

Używamy plików cookies do zbierania informacji dotyczących korzystania z serwisu Muzeum Warszawy i jego oddziałów. W każdej chwili możesz zablokować obsługę plików cookies w swojej przeglądarce. Pamiętaj, że zmiany ustawień w przeglądarce mogą ograniczyć dostęp do niektórych funkcji stron internetowych naszego serwisu.

Aktualności

02.09.2020 / Aktualności, Kultura online

Śladami warszawiaka we wrześniu 1939

Śladami warszawiaka we wrześniu 1939

Nieba i ziemi nie widać to książka zawierająca 19 relacji warszawiaków opisujących ich wspomnienia z obrony Warszawy we wrześniu 1939 roku. Ukazują one wydarzenia z perspektywy cywili i ich indywidualnych przeżyć oraz wrażeń.

Lektura tych historii sama w sobie jest pasjonująca, jednak nabiera zupełnie nowego wymiaru, gdy zdamy sobie sprawę, że dotyczy ona bardzo konkretnych miejsc. Idąc tym tropem, przygotowaliśmy mapę wrześniowej tułaczki autora jednego z pamiętników. Zestawiliśmy fragmenty wspomnień z aktualnymi i historycznymi zdjęciami tych miejsc, a także krótką informacją ich dotyczącą.

Zapraszamy Was na wyjątkowy spacer.

Opracował: Wojciech Biliński

Mapa wrześniowej tułaczki Aleksandra Bazińskiego:


O autorze

Jednym z autorów wspomnień był mieszkaniec Żoliborza Oficerskiego, Aleksander Baziński.  Jego pamiętnik jest pod wieloma względami wyjątkowy. Został napisany jak powieść, ale uważny czytelnik szybko się zorientuje, że nie ma w nim źdźbła fikcji, a szczegółowe opisy są wierną rejestracją tego, co autor widział naprawdę.

Baziński tłumaczył, że odtwarzając tak dokładnie wszystko, nawet prowadzone wówczas rozmowy, chciał utrwalić przeżycia tych, o których zwykle historia nie pamięta – przeciętnych ludzi, zwykłych warszawiaków.

Był sędzią, miał żonę i dwoje nastoletnich dzieci. Jego opowieść zaczyna się od opisu sąsiedzkiej atmosfery i przygotowań do wojny na Żoliborzu, wkrótce jednak nabiera dramatyzmu. Bazińscy tracą dom, przeżywają w trudnych warunkach nieustanne naloty, głód i strach. Aleksander trafia do szpitala, który zostaje zbombardowany. Ucieka stamtąd i przez trzy dni, chory i półprzytomny, próbuje przedostać się przez płonące miasto do rodziny. Kiedy wreszcie dociera na Żoliborz i szczęśliwie spotyka żonę, jest już po kapitulacji Warszawy.

1. Hotel Oficerski – plac Inwalidów 10

Datę 13 września 1939 roku za wybitnie nieszczęśliwą mogli uznać mieszkańcy i użytkownicy tego obiektu. Budynek powstał jako jeden z pierwszych na Żoliborzu, tworząc zręby tej nowej dzielnicy Warszawy – stolicy znów niepodległej Polski. Także jako jeden z pierwszych zapisuje się na kartach historii opisującej proces niszczenia dzielnicy podczas II wojny światowej.

Budynek zostaje częściowo zburzony 13 września 1939 roku podczas tego samego bombardowania, w którym zniszczeniu ulega pobliski dom Bazińskich. Do tego momentu działa w nim również kuchnia wojskowa, aprowizująca żołnierzy. Aleksander Baziński, wspominając pierwsze dni wojny, zapisuje:

„Oleńka przyniosła wiadomość, że w kuchni wojskowej, mieszczącej się w Hotelu Oficerskim, potrzebna jest pomoc. Żona stwierdziła, że godzą się na gotowanie w domach prywatnych wszystkiego, co kto może. Razem z Anielcią gotowały więc jakąś kaszę czy kluski i zanosiły do Hotelu”.

Rodzina Bazińskich mieszka bardzo blisko hotelu. Nie chcą być biernymi w obliczu zbrojnego ataku Niemiec na Polskę, angażują się więc aktywnie w pomoc cywilną.

Przy placu Inwalidów w latach 20. powstaje pierwszy użytkowy budynek Żoliborza. Nie ma w tym nic zaskakującego, gdyż plac od samego początku planowany jest jako jedno z centrów powstającej niemal od zera dzielnicy. Pierwotnie obiekt miał służyć weteranom wojennym, stąd jego nazwa.

W Hotelu Oficerskim siedziby znajdują ostatecznie potrzebne dla coraz liczniejszych mieszkańców dzielnicy usługi w postaci poczty, sklepów, restauracji czy wreszcie kina Mars. W sporych rozmiarów gmachu powstaje również państwowe gimnazjum żeńskie, które daje początek historii dzisiejszego XVI Liceum Ogólnokształcącego im. Stefanii Sempołowskiej.

Mapa narysowana. Rzut z góry, z boku na sieci ulic.
Przedwojenny plan Kolonii Oficerskiej na Żoliborzu. Po prawej u dołu widoczny plac Inwalidów wraz z Hotelem Oficerskim, w górę odbiega ulica Czarnieckiego. U góry po prawej da się zauważyć plac Słoneczny i ulicę Forteczną
Czarno białe zdjęcie archiwalne. Budynek o pięciu kondygnacjach.
Plac Inwalidów 10 w trakcie budowy. Lata 1922–33
Zdjęcie kolorowe, współczesne. Budynek o pięciu kondygnacjach.
Hotel Oficerski odbudowano po wojnie. Największej zmianie uległa ostatnia kondygnacja, którą rozbudowano, likwidując wcześniejszy taras

2. Czarnieckiego 17

To właśnie tu, w szeregowej zabudowie, od 1935 roku po przeprowadzce do Warszawy zamieszkuje wraz ze swoją rodziną Aleksander Baziński.

„Mieszkaliśmy w jednopiętrowym pięciopokojowym domku bliźniaczym. Dwa pokoje, kuchnia, dwie sionki i przedpokój mieściły się na parterze, a trzy pokoje, łazienka i holik – na pierwszym piętrze”.

13 września 1939 roku w dom trafia bomba lotnicza, niszcząc go niemal doszczętnie i przysypując pod gruzami całą rodzinę.

„Po mgnieniu oka usłyszałem świst jeszcze straszniejszy, coś raptem wstrząsnęło mną, uniosło w górę, przekręciło w powietrzu i rzuciło na ziemię, tak, że znalazłem się w pozycji klęczącej z łokciami wspartymi o ziemię. Nie usłyszałem huku tylko trzask zawalających się murów i drzewa. Ogarnęła mnie ciemność, odrętwienie, osłupienie”.

Bazińscy, jak tysiące mieszkańców Warszawy, już w pierwszych dniach wojny zostają pozbawieni rzeczy absolutnie elementarnej, swojego domu. Zmuszeni są szukać schronienia u rodziny i znajomych. Później, już w trakcie okupacji, nie pozostaje im nic innego jak sprzedać zniszczony dom, a raczej działkę z jego ruiną, co zapewnia im jakiekolwiek środki na utrzymanie. Wyprzedaż dorobku całego życia, przeważnie za bezcen, jest wówczas dla wielu jedynym sposobem przetrwania kolejnych dni.

Warto wspomnieć w tym miejscu, iż dom powstał za sprawą Mieszkaniowego Stowarzyszenia Spółdzielców Oficerów. Spółdzielnia miała rozwiązać problem mieszkań dla oficerów odrodzonego Wojska Polskiego. Jej członkiem został sam Józef Piłsudski, a pierwszą inwestycją był właśnie budynek szeregowy, w którym swój dom kupili Bazińscy. W odróżnieniu od Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej nastawiła się ona w kolejnych latach przede wszystkim na budowę domów jednorodzinnych w popularnej wówczas koncepcji miast ogrodów.

Późniejsza wojenna historia tego miejsca wiąże się jeszcze z produkcją broni i magazynem amunicji zorganizowanym w piwnicach domu przez Armię Krajową, by w końcówce 1944 roku zapewnić schronienie dla ukrywających się w ruinach miasta robinsonów. Po wojnie cały szeregowiec w mniej lub bardziej zmienionej formie został odbudowany. Największe zmiany, choć niewidoczne od strony ulicy, zaszły pod sąsiednim numerem 15, gdzie w 1949 roku najpierw erygowano nową warszawską parafię, by w kolejnych latach w miejscu domu wybudować Kościół Dzieciątka Jezus, zabudowując działkę w głąb podwórza.

Czarno białe zdjęcie archiwalne. Pusta ulica, wzdłuż niej drzewa i latarnie oraz chodnik dla pieszych. Przy chodniku po obu stronach niska zabudowa jednorodzinna.
Ulica Czarnieckiego wytyczona wkrótce po odzyskaniu przez Polskę niepodległości była spokojną, acz istotną arterią Żoliborza Oficerskiego
Zdjęcie kolorowe, współczesne. Fragment fasady bloku mieszkalnego, zasłoniętego drzewami.
Czarnieckiego 17. Dzisiejszy wygląd miejsca zamieszkania rodziny Bazińskich po przeprowadzce do Warszawy w 1935 roku

3. Szkoła przy Czarnieckiego 49

W 1939 roku znajdowała się tu Szkoła Powszechna Rodziny Wojskowej. Baziński, wydobyty wraz z żoną i dziećmi z gruzowiska, trafia tu do zaaranżowanego punktu pierwszej pomocy. Szok i adrenalina sprawia, że początkowo nie czują obrażeń.

„Do szkoły było niedaleko. Po kilku minutach byliśmy na miejscu. Żonę podnieśliśmy z noszy i weszliśmy wszyscy do niedawnego przybytku wiedzy Władka. Chodził tam do szkoły powszechnej, zanim przed rokiem przeszedł do gimnazjum. Wprowadzono nas do obszernej klasy na parterze, przemianowanej na ambulatorium”.

O miejscu tym Baziński w swym pamiętniku wspomina także wcześniej, opisując kopanie rowów przeciwlotniczych:

„Ulica Czarnieckiego musiała naturalnie mieć swój kompleks rowów, na który wyznaczono łąkę czy też boisko między szkołą powszechną a małą cytadelą, objętą parkiem Żeromskiego. (…) Harcerze »urzędowali« w holiku przed szkołą: kilka harcerek w mundurkach siedziało przy dwóch stołach i czekało na pracowników, zgłaszających się niezbyt licznie. Zgłaszający się otrzymywał za potwierdzeniem łopatę i szedł do kopania. Patrzał jak inni to robią i naśladował. Kontury rowów były zaznaczone kołkami”.

Budynek przetrwał do naszych czasów. Zachował też swą edukacyjną funkcję. Jest bardzo charakterystyczny ze względu na elewację poszarpaną setkami śladów po pociskach. Powstały one nie we wrześniu 1939 roku, lecz dopiero podczas walk powstania warszawskiego. Podchodząc bliżej do elewacji, można zobaczyć na niej również kilka ceramicznych plastrów z symbolem Polski Walczącej. To efekt zrealizowanego kilka lat temu projektu warszawskiego artysty Pawła Czarneckiego, który w ten sposób postanowił symbolicznie opatrzyć miejsca ze szczególnie dramatyczną wojenną historią.

Czarno białe zdjęcie archiwalne. Budynek szkolny za siatkowym płotem. Spadzisty dach budynku przykryty śniegiem.
Szkoła przy Czarnieckiego 49 od strony podwórka, rok 1936
Zdjęcie kolorowe, współczesne. Wejście do budynku szkolnego.
Budynek szkolny przy Czarnieckiego 49 został zaprojektowany przez Jana Koszczyca Witkiewicza. Wcześniej architekt zaprojektował też gmach biblioteki i budynek A kampusu Szkoły Głównej Handlowej przy Rakowieckiej na Mokotowie
Zdjęcie kolorowe, współczesne. Plac porośnięty trawą, wokół krzaki i drzewa. Po prawej stronie placu dwukondygnacyjny budynek.
To w tym miejscu, na placu przy szkole, harcerze wraz z mieszkańcami kopali rowy przeciwlotnicze
Zdjęcie kolorowe, współczesne. Ceglana ściana, na niej fragment zaprawy z dziurami. Jedna z dziur zaklejona gipsowymi, skrzyżowanymi plastrami. Na środku plastra znak polski walczącej litery P z kotwicą.
Ślady po pociskach na elewacji w symboliczny sposób – ceramicznymi plastrami – opatrzył artysta Paweł Czarnecki w ramach projektu zatytułowanego „Do rany przyłóż”

4. Ulica Forteczna / plac Słoneczny

Po nocy spędzonej w prowizorycznym szkolnym szpitalu i decyzji lekarza o konieczności przewiezienia małżonki Bazińskiego do szpitala na Solcu on sam wraz z dziećmi może wracać do domu… którego już nie ma. Nie mając innego wyboru, udają się na pobliską ul. Forteczną, do willi opuszczonej przez właścicieli, z której korzystali już od kilku dni jako bezpieczniejszego schronienia na noc. Tu również dramatyczne w skutkach nocne bombardowanie odcisnęło swe piętno:

„Z dziećmi wyszedłem ze szpitalika później, by dostać się na ulicę Forteczną odległą o kilkaset metrów. Na Czarnieckiego jeden i drugi dom uszkodzony przez bomby. Na rogu placu Słonecznego i Fortecznej dom piętrowy zburzony od frontu. Poprzedniego popołudnia musiało dużo domów ucierpieć po takim nalocie”.

Willę, która stała się po 13 września ich jedynym lokum, zamieszkiwała wraz ze swym mężem Bronia – siostra gosposi Bazińskich. Opiekowała się nią w tym czasie. Właściciele domu wyjeżdżają z Warszawy, a Bazińscy, dowiadując się o konieczności przekazania części ich domu szykującym się do walk ulicznych żołnierzom, a także obserwując kopanie w pobliżu rowów przeciwczołgowych, uznają, iż bezpieczniejszą lokalizacją będzie jednak dom przy pobliskiej Fortecznej.

„12 września nie usłyszeliśmy żadnego alarmu, ani radiowego, ani syren. W naszej nowej siedzibie były jakieś książki, czytaliśmy więc albo w mieszkaniu, albo w ogrodzie. Władek bawił się godzinami z Adasiem, dwuletnim synkiem Broni. Oleńka ku zaniepokojeniu mamy, wybiegała od czasu do czasu do koleżanek, mieszkających niedaleko, zaglądała też do naszego domu, gdzie dziwnym zbiegiem urzędował dość często podchorąży, »komendant odcinka« obejmującego siedem domków”.

Forteczna to niewielka uliczka, która swą nazwę zawdzięcza bardzo bliskiemu sąsiedztwu z Cytadelą. Powstała w latach 30. XX wieku, szybko została otoczona nowo wybudowanymi willami, które zajmowali oficerowie Wojska Polskiego. W środkowej części swojego biegu spotyka się ona z ulicą Śmiałą. Architekci projektujący Żoliborz Oficerski w latach 1922–25 wytyczają w tym miejscu tzw. plac Słoneczny.

Nazwa nie jest przypadkowa. Plac miał pełnić funkcję zegara słonecznego, którego gnomonem miała być posadzona na jego środku strzelista topola włoska rzucająca cień na 12 domów okalających plac od północy. Ta ciekawa wizja architektów nie doczekała się ostatecznie pełnej realizacji. Zamiast topoli posadzono rozłożysty klon srebrzysty, zamiast 12 wybudowano tylko 10 przylegających do siebie domów.

Zdjęcie kolorowe, współczesne. Fragment bramy z tabliczką z nazwą: Ulica Forteczna 14-2, Stary Żoliborz.
W tle za bramą zielone, wysokie drzewo i fragmentu budynku.
Potężny klon srebrzysty, będący pomnikiem przyrody, stanowi efektowną dominantę placu Słonecznego, lecz jako element zegara słonecznego nie zdał egzaminu

5. Krasińskiego 18

W połowie września, kiedy Baziński wieczorem orientuje się, że nadlatujące pociski nie są już efektem niemieckich nalotów, lecz działań artylerii celującej w pobliską Cytadelę, podejmuje decyzję o przenosinach rodziny pod ten adres.

Spostrzeżenie Bazińskiego jest trafne. Faktycznie Niemcy już 8 września zamknęli okrążenie Warszawy, trzy dni później rozpoczęli zaś skoordynowany ostrzał miasta z kilku kierunków.

Na Krasińskiego 18 mieszka natomiast siostrzenica jego żony – Maria Harasiewicz, nauczycielka. Dom, w którym zamieszkuje, wchodzi w skład tzw. IV kolonii Warszawskiej Spółdzielni Mieszkaniowej wybudowanej w latach 1929–33.

Zmiana adresu i oddalenie się od Cytadeli daje tylko pozorne poczucie bezpieczeństwa. Rytuał dnia praktycznie wszędzie wygląda tak samo. Każdy alarm lotniczy to konieczność zejścia z wyższych pięter na dół. Koniec alarmu, powrót do mieszkania na piętrze, i tak cały dzień, co chwilę. Wejście, zejście, wejście, zejście. Wszyscy lokatorzy tłoczący się na dole. A miejsca jest wyjątkowo mało. Bezpieczniejsze wydają się jedynie pomieszczenia w środku domu, bez okien. Najczęściej więc są to wąskie przedpokoje mieszkań.

Bazińscy w pewnym momencie korzystają z gościny sąsiadów z parteru. Nie tylko oni. Zmęczeni nieustającą wspinaczką po schodach gromadzą się w malutkim przedpokoju ich mieszkania. 10 osób na 2–3 m2. To ostatnia z rzeczy, którą dokładnie zapamiętuje Aleksander Baziński. W tłoku i duchocie stoi wsparty o ścianę przez kilka godzin. Czuje, że coś w nim narasta. Niepokój w pewnym momencie zamienia się w konieczność wyjścia z tego miejsca, bez względu na wszystko. Natychmiast. Rusza na piętro do mieszkania. Nic więcej nie pamięta.

Zostawiając na chwilę naszego bohatera i jego najbliższych, trzeba w tym miejscu, w kontekście mieszkania, powiedzieć o WSM. Warszawska Spółdzielnia Mieszkaniowa powstaje już w 1921 roku. Jej założycielami w przeważającej większości są lewicowi działacze społeczni i polityczni, a głównym celem staje się zapewnienie mieszkań przede wszystkim dla robotników i niższej rangi urzędników czy pracowników instytucji społecznych.

Warto wspomnieć, że w skład pierwszej Rady Nadzorczej wchodzą m.in. Stanisław Tołwiński, późniejszy prezydent powojennej Warszawy w latach 1945–50, czy choćby Bolesław Bierut. Pierwszą inwestycją spółdzielni jest budowa kilku domów przy placu Wilsona, to tzw. I kolonia. Ulega ona zniszczeniu podczas wojny, a jej miejsce w latach 50. XX wieku zajmuje budynek, w którym do dziś mieści się kino Wisła. Pierwsze wybudowane tam mieszkania są całkiem obszerne, planowane z myślą o większych robotniczych rodzinach. Czynsze okazują się jednak zbyt wysokie w porównaniu z możliwościami finansowymi ich mieszkańców, dlatego kolejne budowane domy cechuje już zmniejszony metraż poszczególnych mieszkań.

Widać to doskonale w opisie mieszkania Marii zawartym w pamiętniku:

„Na drugim piętrze czworo drzwi prowadziło do odrębnych mieszkań. Jej mieszkanie składało się z pokoju średniej wielkości i z bardzo małej kuchenki”.

Jednak mniejsza powierzchnia i niski koszt utrzymania mieszkań nie oznaczały ich niskiej jakości. Gwarantem tego było zaangażowanie w prace projektowe nad kolejnymi koloniami małżeństwa architektów Stanisława i Barbary Brukalskich. Projektują oni dla WSM na Żoliborzu nie tylko IV kolonię, ale również kolejne, np. VII i IX. W tym samym okresie, czyli pod koniec lat 20., powstaje również ich dom przy ul. Niegolewskiego 8, odległej o ledwie kilkaset metrów od placu Wilsona. Jednym z głównych założeń WSM było budowanie mieszkań funkcjonalnych, suchych i jasnych, a architektura, choć prosta, była dobrze przemyślana i zapewniała dobre warunki bytowe mieszkańcom.

 Dowody na to znajdujemy w innych słowach Bazińskiego:

„Duży, trzypiętrowy budynek o kształcie prostokąta, przytykający frontem na przestrzeni może 100 m do ulicy Krasińskiego, a w głąb sięgający jakie pięćdziesiąt metrów, miał w środku ogromne podwórze – ogród porośnięty trawnikiem, poprzecinany chodnikami. Duża ilość drzew i krzewów, umieszczona w kącie trawnika piasecznica, a nawet basen z wodą nadawały ogrodowi charakter raczej parku jak podwórza”.

Czarno białe zdjęcie archiwalne. Jasny blok mieszkalny z czterema kondygnacjami. Przed nim zasadzone drzewa.
Domy kolonii IV przy Krasińskiego przetrwały wojnę. Powyżej widok budynku od Krasińskiego na pocztówce z lat 1946–48
Zdjęcie kolorowe, współczesne. Jasny blok mieszkalny z czterema kondygnacjami.
Prosta, minimalistyczna architektura Brukalskich okazała się bardzo funkcjonalna i przemyślana, bez problemu znosząc upływ czasu
Zdjęcie kolorowe, współczesne. Podwórze na blokowisku. Na pierwszym planie zielone drzewa, w tle fragment bloku mieszkalnego.
Opisane dość dokładnie podwórko kolonii IV zachowało parkowy charakter i jest swoistą enklawą przyrody dostępną dla mieszkańców

6. Elektoralna 12

Po utracie przytomności na skutek krwotoku Baziński zostaje przewieziony do szpitala św. Ducha przy Elektoralnej 12. Do wybuchu wojny był to jeden z największych i najnowocześniejszych szpitali w Warszawie.

Cała ta nowoczesność, wygoda i organizacja kończy się raptownie wraz z początkiem września. Nie tyle nawet kończy, co nabiera zupełnie nowego wymiaru. To już nie duży szpital w stolicy kraju, ale szpital frontowy. Obszerne przed wojną sale stają się za małe dla wszystkich rannych, którzy są tu zwożeni lub docierają sami niemal nieprzerwanym potokiem. Długie korytarze, wygodnie dotąd łączące poszczególne oddziały, stają się nagle labiryntem. Labiryntem, w którym mieszają się wszyscy ranni cywile i żołnierze, personel i rodziny szukające swoich bliskich lub pomagające im. Baziński tak opisuje wędrówkę szpitalnymi korytarzami:

„Cofnąłem się ku schodom i zauważyłem inny korytarz, mniej zapełniony. Czym dalej nim szedłem tym ludzi było mniej. U samego końca było wejście do sieni. Duża sień, niby hol, zapełniona była po środku pękatymi workami”.

Baziński trafia do szpitala tuż przed najtragiczniejszym momentem w jego całej historii. 25 września 1939 roku Niemcy organizują dywanowy nalot na Warszawę o niespotykanej dotąd skali. Niemieckie siły powietrzne przez około 11 godzin bombardują miasto bombami burzącymi i zapalającymi. Łamiąc konwencje międzynarodowe, celują nie tylko w obiekty wojskowe i żołnierzy polskich, ale również ludność cywilną, zabytki i wreszcie szpitale. Wszystko po to, by złamać opór broniącej się Warszawy.

Nasz bohater wspomina początek nalotu:

„Dzień był pogodny, słońce świeciło, musiała być już może siódma rano. Spałem doskonale, czułem się wypoczęty, słyszałem rozlegający się za oknem warkot samolotu. Widocznie nalot, nie słyszałem alarmu […] Ruch na korytarzu nie ustawał, raczej się wzmagał. Jakiś strażak w hełmie złocistym, młodziutki, o twarzy jak z obrazka, przebiegł z innymi w jedną stronę i wrócił. Wysoki żołnierz, ten w krótkim płaszczu, wszedł do pokoju. Spytałem go: – Co się to dzieje? – Jest jakiś duży nalot. Zrzucają bomby zapalające. Padły na dach. Chcą się do nich dostać, by zrzucić. Podszedł do okna, patrzał na podwórze i mówił: – O tam! Z tamtego skrzydła, zrzucili z dachu!”.

Po niszczącym bombardowaniu szpital nie ma możliwości dalszego funkcjonowania na Elektoralnej i zostaje przeniesiony w 1940 roku na ul. Dworską, ale to wiemy z dzisiejszej perspektywy. W tamtym momencie Baziński, widząc, co się dzieje, wie tylko jedno: znów trzeba uciekać, szukać schronienia, a widzi wiele. Najpierw, rzecz trywialna, trzeba się ubrać, a to nie jest takie proste. Ale oddajmy mu głos:

„Wtedy dopiero zdałem sobie sprawę z tego, że oprócz bielizny na sobie i skarpetek nie mam niczego z ubrania. Spytałem jednego z nich: – Czy mogę wdziać te pantofle szpitalne? – Może pan. – Gdzie panowie idziecie? – Do schronu. Widocznie przeczuwają coś niedobrego – pomyślałem. Nie ma się co wahać, trzeba iść w ich ślady. Zostawili płaszcze szpitalne. Wziąłem jeden z nich i włożyłem. Niespodziewanie szybko byłem przyodziany. Bandaż na głowie zastępował czapkę”.

Znów rusza dalej, znów przez te, jeszcze kilka tygodni temu spokojne, długie i szerokie korytarze. Teraz zupełnie inne. Pełne ciasnoty, chaosu i absolutnie irracjonalnych scen i obrazów, jedna po drugiej, jeden obok drugiego:

„Na stopniach ołtarzyka klęczała kobieta, odmawiając donośnie modlitwę głosem wyrażającym błaganie. Koło niej inna, trzymająca książeczkę w ręku, zawodziła jękliwie pieśń pobożną. Przebiegające zakonnice pobrzękiwały różańcami i wiszącymi na nich krzyżami. Słychać było krzyki, wołania. […]

Gdzieś z boku wyszedł lekarz w białym kitlu, zmierzając na korytarz. Szedł wolno, jak odrętwiały, jakby ciężko mu było odrywać stopy od podłogi. Młody był, może trzydziestokilkuletni, nie był ułomny. […] Do holu wskoczyła dziewczyna, może szesnastoletnia, z twarzą nabrzmiałą płaczem i wołała: – Niech mi ktoś pomoże! Podajcie mi rękę! Weźcie mnie! Skakała na jednej nodze, drugą zgiętą w kolanie, miała zabandażowaną”.

Historia samego szpitala sięga roku 1442, kiedy to przy kościele św. Jacka na Starym Mieście zostaje założony przytułek dla ubogich. Od tamtych czasów szpital kilkukrotnie zmienia lokalizację, by w II poł. XIX wieku znaleźć swą siedzibę przy Elektoralnej. Prace nad budynkiem, do którego trafia nasz bohater, ukończono w 1861 roku. Przyjmuje on formę kilku połączonych ze sobą galeriami pawilonów. Dzięki temu rozwiązaniu możliwe jest m.in. wygodne wydzielenie oddziału zakaźnego. Szpital tuż przed wybuchem wojny dysponuje niemal 400 łóżkami dla pacjentów.

Czarno białe zdjęcie archiwalne. Fragment fasady budynku. Ciąg okien i napis Szpital świętego ducha.
Wypalony szpital św. Ducha po nalocie z 25 września 1939 roku, który udało się Bazińskiemu przetrwać
Zdjęcie współczesne, kolorowe. Biały budynek dwukondygnacyjny. Przed wejściem kolumny. Po bokach drzewa.
Odbudowany gmach dawnego szpitala jest dziś siedzibą Mazowieckiego Centrum Kultury

7. Plac Żelaznej Bramy – Gościnny Dwór

Po opuszczeniu zniszczonego szpitala św. Ducha Aleksander Baziński postanawia wracać na Żoliborz do swoich najbliższych. Osłabiony i zdezorientowany początkowo błąka się i szuka tymczasowego schronienia w bramach i podwórzach okolicznych kamienic. Wreszcie dociera na plac Żelaznej Bramy.

„Tak doszedłem do końca ulicy. Znalazłem się niespodziewanie na Placu Żelaznej Bramy. Pożar pobliskiej hali targowej dogasał. Czuć było w powietrzu spaleniznę”.

W tym momencie jest on mimowolnym świadkiem zagłady jednego z najciekawszych obiektów handlowych ówczesnej Warszawy – Gościnnego Dworu.

Istniał on od roku 1841 roku, a jego powstanie wynikło z potrzeby uporządkowania przez XIX-wieczne władze rosyjskie miejskiego handlu, który mocno wymykał się wówczas spod kontroli. Ówczesny magistrat postanawia stworzyć w rejonie placu Żelaznej Bramy obiekt handlowy z prawdziwego zdarzenia.

Sam pawilon, jak i jego nazwa były wzorowane na powstających w Rosji carskiej podobnych pawilonach handlowych. Ostatecznie przyjął on trójkątny kształt z mocno zaokrąglonymi rogami, a cała konstrukcja opierała się na żeliwnych słupach.

Pierwotnie stoiska kupców znajdowały się jedynie pod tą konstrukcją, a wewnętrzny plac był pusty. Jednak z czasem popularność tego miejsca sprawiła, iż koniecznym okazało się zabudowanie poprzecznie ułożonymi i zadaszonymi straganami także i tej przestrzeni. Główne wejście do Gościnnego Dworu było usytuowane vis a vis pałacu Lubomirskich (warto pamiętać, iż w 1970 roku pałac obrócono o 78 stopni), a nad nim usytuowano sylwetkę Hermesa jako patrona kupców.

Zdjęcie archiwalne, czarno białe. Ulica, na pierwszym planie ciężarówka, tłum ludzi. Po prawej stronie ruiny budynku z kolumnami, po lewej kolejne ruiny budynku. Na wprost w tle budynek Hali Gwardii.
Jesień 1939. Po lewej stronie wypalone ruiny Gościnnego Dworu. Po prawej stronie widoczna kolumnada pałacu Lubomirskich, w głębi Hala Mirowska
Zdjęcie współczesne. Na pierwszym planie zaparkowane samochody. W tle ceglany budynek Hali Gwardii, za nim nowoczesne, szklane budynki.
Tak to miejsce wygląda dzisiaj

8. Ulica Solna (nieistniejąca) / aleja Jana Pawła 38

W tym miejscu warto wspomnieć o nieistniejącej dziś ul. Solnej, to nią rusza Baziński w dalszą drogę.

„Nie orientowałem się wówczas w tych stronach, spytałem kobiety przypatrującej się zgliszczom: – Którędy najkrótsza droga na Żoliborz? – O, pójdzie pan tam Solną, a potem przez Nalewki do Muranowa. Ile tam musiało popalić się wszelkiego dobra! To były jej najbardziej bezpośrednie wnioski, którymi musiała się z kimś podzielić. Za jej radą poszedłem Solną”.

Solna rozpoczynała swój bieg w pobliżu zachodniej Hali Mirowskiej, biegnąc aż do ul. Leszno, czyli dzisiejszej Alei Solidarności. Choć nie była długa, o jej znaczeniu świadczyło poprowadzenie nią linii tramwaju elektrycznego – już w 1908 roku, czyli od samego początku jego funkcjonowania w Warszawie. Kamienice wzdłuż ulicy zamieszkiwali głównie żydowscy kupcy handlujący i prowadzący swe interesy w okolicach placów Żelaznej Bramy i Mirowskiego.

Po rozpoczęciu niemieckiej okupacji w latach 1940–42 znalazła się ona w obrębie getta, a w 1944 roku większość jej zabudowy uległa zniszczeniu podczas powstania warszawskiego. Ocalała podczas wojny zabudowa wraz z samą ulicą zniknęły ostatecznie podczas powojennego wytyczenia dzisiejszej alei Jana Pawła II. Warto zwrócić uwagę na jedyny ocalały do dziś budynek tworzący kiedyś pierzeję Solnej. Jest nim kamienica stojąca pod adresem Jana Pawła II 38, dawniej Solna 16.

Zdjęcie archiwalne, czarno białe. Dwa wysokie ceglane budynki w czasie budowy. Obok spacerujący ludzie.
Skrzyżowanie znikającej Solnej z Elektoralną, lata 1954–57. Na pierwszym planie powstająca ul. J. Marchlewskiego, dzisiejsza al. Jana Pawła II
Zdjęcie współczesne. Kamienica o pięciu kondygnacjach w stylu klasycznym.
Dom przy alei Jana Pawła II 38 to ostatni relikt zabudowy nieistniejącej dziś ulicy Solnej, którą w swej wędrówce na Żoliborz przemierzał Aleksander Baziński
Zdjęcie współczesne. Szeroki chodnik. Po prawej ciąg kamienic, po lewej pas drzew. Po chodniku spacerują ludzie.
Przyglądając się uważnie, można dostrzec niewielkie wysunięcie kamienicy w stosunku do przebiegu powojennej już linii zabudowy alei Jana Pawła II

9. Plac Bankowy / ulica Rymarska (nieistniejąca)

 „Na placu Bankowym istna ruina. Gmach ministerstwa skarbu to częściowo szkielet murów sczerniałych po pożarze. Przed nim stosy gruzu, powykręcane belki żelazne, w kilku miejscach zwłoki końskie napęczniałe, rozdęte. Przeszedłem koło tych ruin w uliczkę prowadzącą najbliżej do Nalewek: stos cegieł, zwałów gruzu zagrodził mi przejście na całej szerokości ulicy. Po jednej i po drugiej stronie dwie kamienice były rozprute od dachu po parter, jak gdyby ktoś całą przednią ścianę zdarł i dostał się do wnętrza. Widać w nim było wiszące gdzieś na piętrach ułamki schodów, odchylone drzwi, jakiś wiszący mebel, strzęp ubrania czy pościeli…”.

W kontekście wspomnień Bazińskiego dotyczących placu Bankowego należy przypomnieć, iż plac ten w roku 1939 miał całkiem odmienną formę i otoczenie od znanego nam współcześnie. Ulica, którą wówczas przechodził, to nieistniejąca dziś ulica Rymarska – jej skośny przebieg od ul. Senatorskiej do ul. Leszno wyznaczał wschodnią granicę placu Bankowego, nadając mu tym samym trójkątny kształt. Dla odmiany do placu nie dochodziły wówczas od południa ul. Marszałkowska, której bieg kończył się na placu Żelaznej Bramy, a od północy dzisiejsza ul. Andersa, wytyczona dopiero po wojnie, wówczas jako Marcelego Nowotki.

Czarno białe zdjęcie. Ulica. Po obu stronach rzędy kamienic. Na ulicy gruz, samochody i piesi na chodnikach.
Wąska Rymarska od ul. Leszno w kierunku placu Bankowego w pierwszych dniach po kapitulacji Warszawy. To tędy kilka dni wcześniej przedzierał się w przeciwnym kierunku Aleksander Baziński
Zdjęcie współczesne. Ulica w ciągu dnia. Po prawej budynek, latarnia, na ulicy samochody. Po lewej szklany budynek.
Dziś po Rymarskiej nie ma śladu, a obecny układ ulic przebiega zupełnie inaczej

10. Wiadukt żoliborski (wiadukt nad Dworcem Gdańskim)

Wreszcie dociera do granicy Śródmieścia i Żoliborza, a raczej w miejsce będące łącznikiem między nimi. W swym pamiętniku dotyczącym wydarzeń września 1939 roku Baziński opisuje pokonanie przez siebie wiaduktu nad Dworcem Gdańskim. Fragment drogi wyniesiony na kilkadziesiąt metrów ponad tory staje się dla niego zarówno schronieniem, jak i miejscem, w którym obserwuje kolejny niezwykły spektakl:

„Nim doszedłem do początku wiaduktu, [samolot] przeleciał na znacznej wysokości w stronę Żoliborza i zawrócił. Zatoczył koło, przechylił się prawie na bok, jak gdyby duży ptak przyglądał się mi jednym okiem. Wyprostował się, poleciał dalej i znowu zawrócił. Bardzo wysoko, jednak zdawało mi się, że wciąż nade mną zatoczył ponownie koło jedno i drugie tak pochylony, że skrzydła zwrócił prawie prostopadle ku ziemi i niebu. […] Byłem na szczycie wiaduktu, na moście. Ujrzałem Dworzec Gdański rozwalony. Ach! To pewnie tej ruinie się przyglądał, może ją fotografował, a mnie, zaabsorbowanemu własną osobą, zdawało się, że zainteresował go mój widok”.

Wiadukt żoliborski pojawia się w pamiętniku Bazińskiego nie pierwszy raz. Wspomina o nim już wcześniej, kiedy w pierwszych dniach września udaje się na rekonesans w kierunku centrum miasta. Pisze wówczas, co zresztą znamienne:

„Żoliborz był i jest nadal rodzajem przedmieścia, stanowiącego jak gdyby odrębne miasto, wówczas sześćdziesięciotysięczne. Dużą przestrzenią niezabudowaną oddzielony jest nawet od najbliższej ulicy „miasta” – Bonifraterskiej. Ulica ta kończy się wiaduktem, wznoszącym się nad torami kolejowymi Dworca Gdańskiego, a po drugiej stronie wiaduktu rozpoczyna się żoliborska ulica Mickiewicza.

Gdym wyszedł na plac Inwalidów przez który przebiega ulica Mickiewicza, wzrok zatrzymał się na… rowie przeciwczołgowym, zbudowanym w poprzek ulicy w pobliżu hotelu. A więc i tu jest zabezpieczenie. Przeszedłem placem w stronę miasta. U wylotu wiaduktu na jezdni i chodnikach leżały w poprzek ulicy przewrócone wozy tramwajowe z rozbitymi szybami. To nie katastrofa – to barykada! Na wiadukcie, przed mostem nad torami, po obu stronach karabiny maszynowe, nie wiadomo: ciężkie czy lekkie”.

Budowa wiaduktu nad torami i Dworcem Gdańskim rozpoczyna się w 1935 roku, a kończy dwa lata później. Jest to element znacznie większej inwestycji miejskiej mającej zapewnić wreszcie wygodne i szybkie skomunikowanie dynamicznie rozrastającego się Żoliborza ze Śródmieściem i resztą stolicy. Niemal równolegle trwają prace nad połączeniem placu Krasińskich z ulicą Bonifraterską poprzez przebicie przejazdu w parterze kamienicy ówczesnego Sądu Okręgowego. Budynek ten jest dawną oficyną sąsiedniego Pałacu Krasińskich, w którym z kolei znajduje się siedziba Sądu Najwyższego, czyli miejsce pracy Aleksandra Bazińskiego.

Czarno białe zdjęcie. Wiadukt w budowie, po prawej stronie kupa gruzu. W stronę wiaduktu kroczy kilku mężczyzn.
Budowa wiaduktu łączącego Żoliborz ze Śródmieściem zakończyła się w 1937 roku
Zdjęcie współczesne. Droga na wiadukcie. W tle dwa wysokie, szklane budynki.
Przed wojną na wiadukt od strony Śródmieścia prowadziła ul. Bonifraterska. Po wojnie tę funkcję przejęła powstała na gruzach Muranowa ulica Nowomarszałkowska, przemianowana wkrótce na Marcelego Nowotki, czyli dzisiejsza gen. Władysława Andersa

11. Ulica gen. Józefa Zajączka / ulica Felińskiego

Dalszą drogę, już po żoliborskiej stronie, opisuje następująco:

„Po zejściu z wiaduktu skręciłem w uliczkę na lewo. Tu zniszczeń nie widać. Jest spokojnie, sielsko, słońce oświetla promiennie jasnoszary tynk przydrożnych willi, w którym przebłyskują kryształki miki jak diamenty. Blask słoneczny ściele się na betonowych chodnikach i na asfalcie ulicy, oblewa drzewa przy chodnikach, kwiaty i krzewy w ogródkach. Teraz dopiero spostrzegłem, że dzień jest piękny, niebo błękitne, że jesienne życie przyrody nie zamarło, pulsuje jeszcze zielenią. Olśniewała ta cisza i spokój po kilkugodzinnej wędrówce wśród gruzów i zniszczeń”.

Baziński po zejściu z wiaduktu skręca od razu w ul. Zajączka, by następnie prawdopodobnie ul. Felińskiego dotrzeć aż do kościoła Stanisława Kostki. Spokój, jaki nasz bohater dostrzega po przejściu na Żoliborz, wynika z rozejmu obowiązującego od godziny 14 dnia 27 września 1939 roku, poprzedzającego kapitulację miasta.

Decyzję o rozpoczęciu rozmów kapitulacyjnych podjęto dzień wcześniej właśnie ze względu na bardzo ciężką sytuację ludności cywilnej miasta oraz braki w amunicji. Po morzu ruin, które przemierzył, idąc przez Śródmieście, obraz znacznie mniej zniszczonego Żoliborza i jego odmienna architektura zdominowana przez otoczoną zielenią zabudowę jednorodzinną potęgują u niego poczucie spokoju.

Czarno białe zdjęcie. Dwa dwupiętrowe sześcienne budynki. Przed nimi dwie osoby.
Ulica Felińskiego, wytyczona w latach 20., szybko w kolejnej dekadzie została otoczona typową dla Żoliborza zabudową (na zdjęciu domy Felińskiego 4 i 6)
Zdjęcie na zewnątrz. Płot porośnięty roślinami, widoczna jedynie tabliczka z nazwą ulicy Alojzego Felińskiego.
Współcześnie ul. Felińskiego nie straciła swego spokojnego i sielskiego charakteru

12. Kościół Stanisława Kostki, ul. Hozjusza 2

Kościół, który dziś znamy przede wszystkim ze względu na postać zamordowanego w 1984 roku i pochowanego przy nim księdza Jerzego Popiełuszki, dla Bazińskiego staje się ostatnim punktem orientacyjnym w drodze powrotnej na Krasińskiego:

„…długo przebywałem niedaleką stosunkowo przestrzeń między wiaduktem, a kościołem na Żoliborzu. Tu jednak uświadomiłem sobie: przecież to już tak blisko, tylko kilkaset kroków i zobaczę się znów z nimi…”.

We wrześniu 1939 roku kościół wygląda inaczej niż obecnie. Jego budowa rozpoczyna się w 1935 roku i do momentu wybuchu wojny nie zostaje w pełni ukończona. Przede wszystkim inny kształt mają kościelne wieże, które, choć również ażurowe, są znacznie niższe i przybierają kształt sześcianów połączonych trójkątnym naczółkiem. Fasada ta ulega uszkodzeniu w 1944 roku, a powojenna odbudowa następuje w latach 50. Natomiast same charakterystyczne strzeliste iglice dołożone zostały kilkanaście lat później.

Czarno białe zdjęcie kościoła w trakcie budowy.
Kościół Stanisława Kostki podczas budowy w latach 30. XX wieku
Dwie, ażurowe wieże kościoła pośród drzew.
Górujące nad okolicą kościelne wieże, choć w zmienionym kształcie, nadal są wyraźnym punktem orientacyjnym dzielnicy

ZAKOŃCZENIE

Aleksandra Bazińskiego nie interesuje jednak ani stopień zaawansowania prac budowlanych nad świątynią, ani styl architektoniczny, w którym ona powstaje. Interesuje go w tym momencie tylko jedno – czy za chwilę znów zobaczy swoich najbliższych – żonę i dzieci. Czy są cali i żyją? Szczęśliwie w tej historii są.

Towarzyszy mu poczucie wielkiej ulgi i świadomość, że się udało, że jego tułaczka przez Warszawę choć na moment dobiega końca, że nie jest już w niej sam, że wysiłek włożony w drogę nie okazał się daremny.

Paradoksalne jest to, że tułaczkę tę nasz bohater tak naprawdę współdzielił z tysiącami innych warszawiaków. Zbiorowe doświadczenie przeżywane ekstremalnie jednostkowo. Z tysiącami zakończeń mniej lub bardziej szczęśliwych, mniej lub bardziej tragicznych.