fbpx

Używamy plików cookies do zbierania informacji dotyczących korzystania z serwisu Muzeum Warszawy i jego oddziałów. W każdej chwili możesz zablokować obsługę plików cookies w swojej przeglądarce. Pamiętaj, że zmiany ustawień w przeglądarce mogą ograniczyć dostęp do niektórych funkcji stron internetowych naszego serwisu.

Aktualności

25.02.2022 / Aktualności, Spacery warszawskie

Spacer: Działo się! Warszawa w XIV-XVIII w.

Spacer: Działo się! Warszawa w XIV-XVIII w.

Podczas tego spaceru dowiesz się o ważnych historycznych wydarzeniach, które miały miejsce na Starym Mieście.

Wraz ze wzrostem znaczenia Warszawy jako ośrodka miejskiego, coraz częściej było o niej słychać. W XIV wieku stała się miejscem słynnego procesu polsko-krzyżackiego. Gdy w Europie płonęły stosy, a funkcjonariusze inkwizycji wyłapywali domniemane czarownice, na warszawskim miejscu straceń zginęły dwie kobiety podejrzane o śmiertelne otrucie ostatnich książąt mazowieckich.

W mieście często dochodziło do łamania prawa i konfliktów. Jeden z nich dotyczył rywalizacji dwóch zgromadzeń zakonnych – jezuitów i augustianów.

Z początkiem XVII wieku Warszawę nawiedziła seria katastrof. Wtedy to zawaliła się duma miasta – pierwszy stały most na Wiśle. Warszawa była już siedzibą królewską. W ciągu 150 lat, dwukrotnie doszło w niej do zamachów na osobę władcy.

W mieście miały miejsce również radosne wydarzenia. Świętowano tu m.in. uroczyste zaślubiny królewskiego syna Władysława IV Wazy z cesarską córką Cecylią Renatą.

W 1708 roku miasto nawiedziła epidemia dżumy, która zdziesiątkowała mieszkańców. Warszawa wielokrotnie padała też ofiarą pożarów, co wiązało się z coraz gęstszą zabudową i nie dość sprawnie działającym systemem ochrony przeciwpożarowej.

Wiek XVIII zasłynął z wynalazków i zdobyczy techniki. Pojawiła się możliwość wzniesienia się w powietrze za pomocą balonów aerostatycznych. Podobne eksperymenty przeprowadzono również w Warszawie.

Czas trwania: 1,5h

Dla kogo: dla młodzieży i dorosłych ciekawych historii Warszawy

Jak się przygotować:

  • weź ze sobą słuchawki, naładowany telefon i powerbank,
  • załóż wygodne buty.

Spacer przygotowali: Anna Zdanowska i Wojciech Biliński

Pinezkom na mapie odpowiadają kolory przy nazwach nad nagraniami. Mapę można otworzyć w aplikacji Google Maps na swoim telefonie, klikając w prostokąt w jej prawym, górnym rogu. Żeby odsłuchać nagrań należy wrócić do przeglądarki i tej strony.

Spacer zaczyna się i kończy na Starym Mieście.

STARE MIASTO

Ulica Świętojańska 8

Ślub i koronacja Cecylii Renaty w kolegiacie św. Jana

Archikatedra św. Jana to jeden z najważniejszych kościołów Warszawy. W swojej długiej i bogatej historii była świadkiem wielu ważnych i spektakularnych wydarzeń. Jej ranga m.in. wynika z faktu bycia miejscem koronacji dwóch polskich władców, Stanisława Leszczyńskiego i Stanisława Augusta. Jednak znacznie wcześniej, w roku 1637, koronę królowej Polski, po ślubie z Władysławem IV Wazą, przyjęła w jej wnętrzu Cecylia Renata Habsburżanka, córka cesarza Ferdynanda II.

Cecylia Renata przybyła w tym celu w okolice Warszawy 10 września wspomnianego roku. Jej orszak zatrzymał się początkowo w Ujazdowie. Sam monarcha 12 września opuścił Zamek Królewski, udając się na spotkanie małżonki. Zatrzymał się w połowie drogi między Warszawą, a Ujazdowem w specjalnie rozbitych w tym celu namiotach. Tu para przywitała się, by już wspólnie wyruszyć w kierunku Starego Miasta i kościoła św. Jana.

Ta publiczna część uroczystości była niezwykle pompatyczna. Przód orszaku stanowiła królewska świta ubrana w czerwono-błękitne herbowe barwy Wazów, niosąca jego sztandar. Za nimi, obserwujący wjazd do miasta, mieszczanie dostrzec mogli senatorów oraz 500-osobową chorągiew królewską uzbrojoną w długie piki. Kolejno podążała też piechota z licznymi i bardzo głośnymi orkiestrami. Bezpośrednio przed Władysławem IV znajdowali się obaj marszałkowie wielcy – koronny i litewski.

Sam król jechał na białym koniu. Wierzchowiec od kopyt do połowy brzucha był pomalowany na czerwono. Szata królewska miała barwy biało-błękitne, co w całości było nawiązaniem do barw heraldycznych Wazów.

Królowa podróżowała w karocy ciągnionej przez sześć białych koni. W połowie były pomalowane na czerwono, podobnie do wierzchowca monarchy.

Wreszcie, około godziny 18. cały orszak dotarł przed kościół św. Jana. Wąskie staromiejskie uliczki wypełnił gęsty i podekscytowany tłum. Po wejściu do świątyni para królewska klęcząc przed ołtarzem potwierdziła przysięgę małżeńską zawartą w Wiedniu, a prymas Polski Jan Wężyk połączył ich ręce stułą. Po ceremonii królewskie małżeństwo przeszło krytym krużgankiem bezpośrednio do Zamku Królewskiego, by odpocząć przed kolejnym niezwykle ważnym dniem – uroczystą koronacją Cecylii Renaty.

Nazajutrz kolegiata św. Jana znów wypełniła się po brzegi. Władysław IV wraz z Cecylią Renatą w kościelnej zakrystii przebrali się w stroje koronacyjne. Kulminacyjnym momentem było nałożenie korony na głowę królowej oraz przekazanie w jej ręce insygniów władzy – jabłka i berła.

Tym razem para królewska przeszła do Zamku już nie przez kryty krużganek, lecz ulicą, którą wysłano z tej okazji czerwonym suknem. Wiwatujący tłum był tym głośniejszy, gdy podskarbi królewski rzucał w jego kierunku złote i srebrne monety, wybite specjalnie z tej okazji.

Do końca dnia para królewska wraz z najważniejszymi gośćmi nie opuszczała już zamkowych murów, gdzie ucztowano do późna. Warszawa jednak nie spała. Miasto przez całą noc było iluminowane, a niebo rozświetlały sztuczne ognie odpalane z wież Ratusza, kościoła Jezuitów, pałaców magnackich i zakotwiczonego na Wiśle statku, który był prezentem od Gdańska dla monarchy.

Stojąc przed kościołem spróbujcie odnaleźć na jego drzwiach, wśród wielu innych, wizerunek orła z tarczą na piersi, w którą wpisany jest snopek, czyli herb dynastii Wazów.

Autor nieznany, Władysław IV i Cecylia Renata. Żeton ślubny, 1637, Gdańsk, Muzeum Warszawy, fot. A. Czechowski M. Matyjaszewski

Ulica Piwna 9/11

Zajęcie kościoła św. Marcina i klasztoru augustianów przez jezuitów

Warto przyjrzeć się, ciągnącej się przez kilkadziesiąt metrów, wspólnej dla kościoła i zakonu elewacji z wejściem do świątyni. To właśnie mury kościelne wraz z bramą i furtą prowadzącą na klasztorny dziedziniec. W 1628 roku stały się obiektem i przyczynkiem wyjątkowych zdarzeń. Klasztor i kościół św. Marcina przy ulicy Piwnej, należące wówczas do zakonu augustianów spróbowali przejąć jezuici.

Augustianie pojawili się w Warszawie jeszcze za panowania księcia mazowieckiego Siemowita III. Ufundował on ich siedzibę wraz z klasztorem już w 1353 roku. O rosnącej randze tego miejsca w Warszawie świadczy fakt, że w XVI wieku odbywały się w nim m.in. sejmiki szlachty mazowieckiej.

Jezuici zostali sprowadzeni do Warszawy znacznie później. Początki tego zgromadzenia w mieście sięgają 1607 roku, okresu panowania Zygmunta III Wazy. Działka, którą otrzymali pod budowę klasztoru nie była przypadkowa. Po niedawnym wielkim pożarze zniszczeniu uległy domy w bezpośrednim sąsiedztwie kościoła św. Jana. Jezuici, wraz z narastającą wówczas w kościele falą kontrreformacji, budowali swoją pozycję i nie zamierzali stać na uboczu, w przenośni i dosłownie. Jednak pomimo korzystnego umiejscowienia ich siedziby, apetyt członków warszawskiego zgromadzenia nadal był niezaspokojony.

Upatrzyli sobie wkrótce pobliską siedzibę zakonu augustianów przy Piwnej. Plan przejęcia ich majątku wprowadzili w życie w 1628 roku. Za ich namową, jedna z wdów zamówiła u augustianów mszę świętą w intencji zmarłego męża. Zaprosiła wszystkich zakonników z klasztoru przy Piwnej na rzekomo dziękczynną ucztę do swego domu. Zakonnicy nie odmówili, pozostawiając na terenie klasztoru i kościoła św. Marcina tylko jednego z braci. Wówczas jezuici, przekazali dyżurującemu augustianinowi informację o nagłym wezwaniu także i jego do domu wdowy. Przy okazji zaoferowali, bezinteresowne rzecz jasna, przypilnowanie klasztornego majątku wraz z nieruchomościami. Augustianie wracający do klasztoru po wizycie u wdowy stanęli jednak przed zamkniętą bramą. Jezuici utrzymywali, że zajęli porzucone zabudowania, na co przyzwalało panujące wówczas prawo.

Rozgorzał intensywny spór, w który wciągnięci zostali zarówno sam król Zygmunt III Waza jak i ówczesny papież Urban VIII. Ostatecznie, na mocy wyroków sądowych, jezuici musieli zwrócić augustianom zajęty podstępem majątek.

Jak widać, w historii Warszawy mieliśmy do czynienia z monachomachią znacznie wcześniej niż napisał o niej sam Ignacy Krasicki w swoim poemacie z końca XVIII wieku. A może to ta historia była dla niego jedną z inspiracji…

Podwórze klasztoru Augustianów przy ul. Piwnej, 1935, Muzeum Warszawy, fot. A. Czechowski

Ulica Piekarska 3

Pożar kamienicy przy ulicy Piekarskiej

Stańcie tyłem do bramy przy kamienicy nr 3 i spójrzcie na ściśle przylegające do siebie kamienice po drugiej stronie ulicy Piekarskiej. W styczniu 1787 roku w jednym z domów wybuchł pożar. W dawnej Warszawie pożary wybuchały dość często. Gęsta zabudowa, niedoskonała ochrona przeciwpożarowa, spory odsetek drewnianych domów i budynków gospodarczych sprzyjały pożogom. Wystarczyło zaprószenie ognia czy jego podłożenie i pożar w krótkim czasie ogarniał całą kamienicę, a często i sąsiednie domy.

W czteropiętrowej kamienicy zaczęło palić się mieszkanie na pierwszym piętrze. Ogień odciął drogę ucieczki mieszkańcom wyższych pięter. Na trzecim mieszkała kobieta, której dzień wcześniej urodziło się dziecko.

Gdy matka poczuła dym, chciała natychmiast ratować córeczkę. Niestety, drabiny sięgały jedynie do drugiego piętra. Ułożyła noworodka na poduszce i chciała opuścić go na ręce zgromadzonego tłumu. Jednak płomienie buchające z niższych pięter uniemożliwiły jej to. Rzuciła więc dziecko z całą siłą jak najdalej od ognia. Niestety, nie zdążyła wcześniej zabezpieczyć poduszki i dziewczynka upadła z dala od niej. Na szczęście dziecko przechwycił jeden ze świadków pożaru. Nie odniosło żadnych obrażeń. Matka wyskoczyła z okna chwilę później. Zraniła się w głowę, miała wykręconą rękę i, jak pisała prasa, „kark straszliwie stłukła, żyje jeszcze dotychczas przy staraniu lekarzów”.

Rodzina stangreta mieszkająca na czwartym piętrze, jego żona z dwojgiem dzieci nie miała tyle szczęścia. Matka wyrzuciła jedno z dzieci przez okno. Spadło niefortunnie, ginąc na miejscu. Starsza, czteroletnia dziewczynka stojąc na parapecie chwyciła się okna. Broniła się przed wyrzuceniem, wisząc w powietrzu. Płomienie dosięgały już mieszkania. Matka, nie mając innej możliwości ratowania córki, popchnęła ją i dziecko spadło na ziemię. W wyniku ciężkich potłuczeń, jak twierdzili lekarze „w niebezpiecznym życia stanie zostaje”. Matka również chciała skoczyć, ale w ostatniej chwili postanowiła ratować się, uciekając po dachach. Przez dymnik wydostała się na dach, a z niego na sąsiedni. Ta decyzja ocaliła jej życie.

Autorstwo nieznane, Święty Florian, XIX w., Muzeum Warszawy

Ulica Piekarska 5 / Rycerska

Spalenie kobiet oskarżonych o otrucie książąt mazowieckich

Stoicie na dawnym placu straceń, który znajdował się kiedyś w międzymurzu. Nie można było wtedy przedostać się w tym miejscu poza zewnętrzną linię murów, wzdłuż której płynęła fosa.

8 sierpnia 1524 roku i 10 marca 1526 roku to daty śmierci ostatnich książąt piastowskich linii mazowieckiej – Stanisława i Janusza III. Byli oni synami Konrada III Rudego i Anny z Radziwiłłów. Każdy z nich w chwili śmierci miał około 24 lat. Co było przyczyną ich zgonów? Do dziś nie rozwiązano tej zagadki.

Znajdujemy się na niewielkim placyku u wylotu Rycerskiej, Piekarskiej i dawnej Ślepej. W tym miejscu, prawie pięćset lat temu spłonęły dwie kobiety, oskarżone o spowodowanie śmierci książąt.

Książęta byli w kwiecie wieku i imponowali siłą fizyczną, zwłaszcza Janusz III. Zapewne dlatego podejrzenie o otrucie książąt pojawiło się podczas jego choroby i zaczęto ją kojarzyć z wcześniejszym zgonem Stanisława i księżnej Anny.

Wersja z otruciem obu książąt była oparta na dworskich plotkach i domniemaniach. Gdy została przyjęta jako pewnik, winnych szukano wśród osób nie cieszących się sympatią księcia Janusza III. Oskarżenie padło na Katarzynę Radziejowską, wojewodziankę płocką przebywającą na dworze książęcym, która była kolejno kochanką obu braci. Znajdowała się ona w gronie dwórek, które miały umilać czas młodym książętom. Księżna Anna, która była przeciwna zbyt zażyłej relacji Katarzyny z książętami, zmarła w 1522 roku. Z kolei Janusz obrzydzał bratu swoją dawną faworytę, także stając na drodze realizacji jej planów.

W rzekomym otruciu księcia Radziejowskiej pomagała podobno ziemianka Kliczewska (Kliszewska, Kliczowska) i nieznana bliżej piekarka z Krakowa. Mistrz katowski wymusił na oskarżonych przyznanie się do winy, przypiekając obie ogniem. Zeznały, że podawały księciu truciznę przez kilka dni, w drodze ze Rzwienia koło Różana do Warszawy, co ostatecznie doprowadziło do jego śmierci. Nie były to jedyne osoby oskarżone o zatrucie księcia. Podobno Kliczewska na polecenie Radziejowskiej miała namówić Piotra puszkarza i Macieja muzykanta, służących na dworze księcia, do podania Januszowi III zatrutego napoju. Wśród podejrzanych znalazł się też płocki aptekarz Jan Alantsee, który miał działać na polecenie królowej Bony.

Dwie komisje badające sprawę śmierci książąt nie znalazły dowodów na potwierdzenie oskarżeń. Król Zygmunt Stary zaakceptował informację o naturalnej śmierci księcia Janusza. Naoczny świadek wydarzeń twierdził, że książę Janusz miał zamiłowanie do alkoholu.

Książęta zostali pochowani we wspólnym grobowcu w kolegiacie świętego Jana (dzisiejszej archikatedrze). Płaskorzeźba przedstawia ich leżących w pełnych zbrojach i w braterskim uścisku.

A jak wyglądała egzekucja nieszczęsnych kobiet? Tak zrelacjonował ją żyjący w tamtym czasie Marcin Bielski: Wkopali słup pod Warszawą y dwa łańcuchy przy nim, którymi je opak za ręce nago przywiązali, y drew koło nich stosami nakładłszy zapalili: piekły się przez cztery godziny, biegając około słupa, a gdy się z sobą zeszły, kąsały ciało na sobie wzajemnie, aż upieczone pomarły.

Na Podwalu, Helena Malarewicz-Krajewska, 1969, Muzeum Warszawy

ulica Miodowa róg Senatorskiej / Kozia

Stoicie u zbiegu ulic Koziej i Miodowej. Rozejrzyjcie się. 250 lat temu w tym miejscu doszło do zamachu na króla. Była cicha chłodna noc. Król Stanisław August nie spodziewał się tego, co za chwilę miało się wydarzyć. To w tym miejscu 3 listopada 1771 roku około godziny 22. porywacze napadli na powóz królewski.

Reformy wprowadzone przez króla i wymuszona przez państwa ościenne Prusy i Rosję kwestia równouprawnienia innowierców naruszały dotychczasowy ustrój demokracji szlacheckiej i tradycję. Konfederaci barscy postanowili porwać Stanisława Augusta.

Król wracał do Zamku po niedzielnej wizycie u swojego wuja, kanclerza wielkiego litewskiego Michała Czartoryskiego. Trzy oddziały pod dowództwem Stanisława Strawińskiego, Walentego Łukawskiego i Jana Kuźmy wybiegły z ulicy Kapitulnej i otoczyły karetę króla. Jeden z dworzan zginął od kuli, drugi został ranny. Pozostali uciekli. Stanisław August próbował uciec, został jednak uderzony w głowę, wciągnięty na konia i wywieziony w kierunku punktu zbornego oddziałów – Lasku Bielańskiego. Porywacze mieli zapewne przekazać króla władzom konfederacji, która stała za porwaniem.

Oddział Kuźmy miał za zadanie pilnować króla. Grupa rozproszyła się jednak w ciemnościach, nie znając topografii terenu. Przy królu został jedynie przywódca. Stanisław August osłabł od uderzenia, wobec czego Jan Kuźma schronił się wraz z nim w marymonckim młynie. Król obiecał konfederacie, że uniknie on kary za udział w porwaniu. Dlatego ten zgodził się na wysłanie listu do dowódcy gwardii królewskiej. Stanisław August pod osłoną żołnierzy Gwardii Pieszej Koronnej wrócił nad ranem do zamku.

Jan Kuźma złożył wyczerpujące zeznania przed marszałkiem wielkim koronnym. Na ich podstawie schwytano większość zamachowców, w tym Łukawskiego. Śledztwo opierało się prawie wyłącznie na zeznaniach Kuźmy i Strawińskiego. W sierpniu 1773 ogłoszono wyrok. Głównym oskarżonym został Kazimierz Pułaski jako organizator zamachu i dowodzący spiskiem. Ten natomiast oskarżał o wszystko Strawińskiego. Ostatecznie sąd sejmowy skazał na karę śmierci Walentego Łukawskiego, który zranił króla oraz Antoniego Cybulskiego z Sochaczewa, pomagającego spiskowcom dostać się do Warszawy. Kazimierz Pułaski i Stanisław Strawiński też otrzymali karę śmierci, jednak udało im się jej uniknąć, gdyż zbiegli lub ukryli się za granicą. Jan Kuźma, który zabił jednego z hajduków, okradł i uwięził króla, został skazany na wieczne wygnanie, utratę czci i pozbawienie praw. Żonę Łukawskiego skazano na kilkanaście miesięcy „domu poprawy”.

10 września 1773 roku na placu między Stawkami a Arsenałem odbyła się egzekucja. Łukawskiego ścięto, ciało poćwiartowano i wraz z odciętą głową spalono na stosie. Jego ręce następnego dnia zawieszono na palach przy trakcie prowadzącym do Zakroczymia.

Cybulski został ścięty, a jego ciało złożono do trumny i pochowano na jednym z cmentarzy.

Łukawska zmarła trzy dni po egzekucji męża, przy której była obecna.

Ulica Miodowa w pobliżu ulicy Koziej, ok. 1909-1912, Muzeum Warszawy, fot. A. Czechowski

Ulica Kanonia / Dziekania

Zamach na Zygmunta III Wazę

Łącznik pomiędzy katedrą, a pobliskimi kamienicami, przebiegający ponad ulicą, to niezbyt typowe rozwiązanie architektoniczne, spotykane w Warszawie. Jest ono znacznie mniej zaskakujące, gdy poznamy wydarzenia, które stały się genezą tej właśnie architektury.

15 listopada 1620 roku mógł być dniem diametralnie zmieniającym historię Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Przed dziewiątą rano Zygmunt III Waza zmierzał do kościoła św. Jana by uczestniczyć w nabożeństwie otwierającym obrady sejmu. Tuż przed bocznym wejściem, od strony Dziekanii, monarcha niespodziewanie został zaatakowany czekanem przez zaczajonego w tym miejscu zamachowca. Król po pierwszym uderzeniu w głowę osunął się na ziemię, a w tłumie wokół niego zapanował chaos.

Mimo początkowego zaskoczenia, błyskawiczna reakcja osób z najbliższego otoczenia króla uratowała mu życie. Napastnik został obezwładniony, a król odniósł jedynie drobne obrażenia w postaci zadrapań twarzy.

W uniknięciu poważniejszych ran pomógł zapewne fakt, że nadziak użyty przez zamachowca rozpadł się po pierwszym uderzeniu i dwa kolejne ciosy zdołał zadać jedynie drzewcem.

Napastnikiem okazał się młody szlachcic Michał Piekarski. Niezwłocznie po zatrzymaniu próbowano przede wszystkim ustalić czy działał sam czy, być może, był częścią większego spisku. Po ataku na króla wśród zdezorientowanych mieszkańców, zebranych w kościele, rozeszła się informacja o ataku Tatarów na Warszawę. Wynikło to prawdopodobnie z pojawienia się okrzyku Traditore! (zdrajca), który wielu zgromadzonych zrozumiało jako Tatarzy! Ich ataku warszawiacy faktycznie się obawiali.

Po uspokojeniu się zamieszania, na co wpłynęło szybkie ukazanie się króla w oknie Zamku Królewskiego, przystąpiono do przesłuchania, a następnie osądzenia Michała Piekarskiego.

Był on prawdopodobnie jedynym w historii I Rzeczpospolitej przedstawicielem stanu szlacheckiego, którego poddano okrutnym torturom. W świetle ówczesnego prawa, podniesienie ręki na władcę i próba królobójstwa, pozbawiła go wszelkich praw i godności już w momencie popełnienia czynu.

Fakt, że osądzony był niespełna rozumu, nie był okolicznością łagodzącą.

Podczas prób przesłuchania i tortur mówił bez składu i jakiegokolwiek sensu, co zaowocowało powstaniem powiedzenia „bredzić jak Piekarski na mękach”, określającego kogoś mówiącego bezsensownie.

Materialnym i architektonicznym świadectwem tej historii jest ganek wybudowany po incydencie. Miał on podnieść bezpieczeństwo władcy. Biegnie do dziś ponad Kanonią i Dziekanią, łącząc Zamek Królewski z archikatedrą św. Jana. Jak mówi legenda, to w nim można napotkać czasem widmo Piekarskiego, który został skazany na najsurowszą karę – śmierć.

Pocztówka z widokiem na Kanonię, Tadeusz Cieślewski ojciec, ok. 1919, Muzeum Warszawy

Róg Brzozowej i Steinkellera

Eksperyment z balonem aerostatycznym

Przed Wami rozciąga się taras Zamku Królewskiego. Dziś to miejsce oddziela od Wisły Wisłostrada. Prawie 240 lat temu z tarasu, po raz pierwszy w Warszawie, wzniósł się w powietrze balon napełniony wodorem. Choć miejsce to wygląda inaczej niż przed wiekami, zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że stoicie w tłumie osiemnastowiecznych warszawiaków, czekających na rozpoczęcie eksperymentu.

Był to czwartek 12 lutego 1784 roku. Przed południem, w obecności Stanisława Augusta jego nadworny chemik i mineralog, Stanisław Samuel Okraszewski wypuścił w powietrze niewielki balon aerostatyczny na uwięzi. Sznur pozwolił kuli wzbić się na odległość 300 łokci warszawskich od ziemi, czyli prawie 180 metrów. Pokaz trwał trzy minuty. Tłum otaczający Zamek przyglądał się z zachwytem. Balon został następnie ściągnięty na ziemię i przeniesiony do sali zamkowej. Tam uniósł się pod sufit i utrzymał prawie godzinę.

Na kolejne wydarzenie czekano niespełna miesiąc. W sobotę 6 marca w południe „na piaskach pośrzód stojącej Wisły” przy huku dział Okraszewski dwukrotnie wypuścił balon w powietrze na linach. Król obserwował eksperyment z okien zamkowych. Gdy po raz trzeci balon wzniósł się w górę, tym razem bez uwięzi, zdumieni świadkowie zdarzenia długo śledzili jego lot, aż zupełnie zniknął im z oczu. Oddalał się powoli przez Pragę w kierunku Kobyłki. Obserwowano go przez lunety jeszcze 22 minuty.

Balon, jak się później okazało, poszybował aż pod Słupno, około 300 mil od miejsca startu. Znalazł go jeden z mieszkańców wsi Grodzisk, Wojciech Lasota. Jego oczom ukazały się, leżące na podmokłej łące, szczątki konstrukcji wyglądające jak oskórowane zwierzę. Z bliska widać było liczne wstążki. Zdumionemu znalazcy natychmiast skojarzyły się one z magicznym przedmiotem używanym do czarów. Tym bardziej, że między wstążkami zobaczył zmoczony pęcherz. Postanowił wziąć znalezisko do domu i odkryć jego tajemnicę z pomocą całej gromady. Pomysłów na pochodzenie przedmiotu było tyle, ilu debatujących. W pewnym momencie odkryto zapisaną kartę przyczepioną do pęcherza. Znalazca udał się więc do księdza, który pomógł mu ją odczytać. Nie mógł uwierzyć własnemu szczęściu: czekała na niego nagroda z rąk samego króla. Pieniądze spadły ubogiemu chłopu z nieba w samą porę. Jeszcze nie tak dawno zamartwiał się, w jaki sposób ma zorganizować chrzciny swojemu synowi, który właśnie przyszedł na świat.

Królewski chemik również został nagrodzony. Za swoje osiągnięcia w dziedzinie baloniarstwa otrzymał złoty medal.

Pocztówka z Zamkiem Królewskim, przed 1914, Muzeum Warszawy, fot. A. Czechowski

Rynek Starego Miasta 19

Proces sądowy dotyczący sporu między Kazimierzem Wielkim a zakonem krzyżackim

Znajdujecie się przed kamienicą wójtowską, która od XV wieku była miejscem urzędowania dziedzicznego wójta Starej Warszawy i siedzibą sądu ławniczego. Na jej fasadzie widoczne są alegorie Pokoju i Sprawiedliwości. Warszawa w 1339 roku po raz pierwszy stała się miejscem międzynarodowego wydarzenia – procesu sądowego o zwrot ziem zagrabionych Koronie przez zakon krzyżacki. Jego inauguracja miała miejsce 4 lutego w domu wójta. Następnie rozprawę przeniesiono do fary (kościoła parafialnego).

Dlaczego na miejsce procesu wybrano właśnie Warszawę? Miasto było ważnym ośrodkiem administracyjnym i handlowym. Miało prawa miejskie, a ponadto znajdowało się niedaleko od Kujaw. Była tu siedziba księcia mazowieckiego i jego dworu. Tu sprawował sądy książęce, a duchowni – sądy kościelne. Co ważne, Warszawa była otoczona murem. Można było znaleźć w niej wiele domów i przyzwoitych gospód, a także dwa kościoły parafialne, przy których działały szkoły oraz nabyć wszelkie potrzebne produkty. W mieście urzędował wójt z kapelanem i pisarzem. Książę mazowiecki zapewniał mieszkańcom i przybyłym spokój i bezpieczeństwo oraz dbał o to, by nikt nie był niesłusznie ciemiężony. Istotną okolicznością dla obu stron była również neutralność Mazowsza.

Krzyżacy, którzy zamiast chronić posiadłości piastowskie przed najazdami Prusów, sami je podbijali, rabowali i niszczyli, z tego względu po raz kolejny stanęli przed sądem.

Trybunał zapoznał się z zarzutami skierowanymi przeciwko wielkiemu mistrzowi. Ten za pośrednictwem swoich wysłanników zakwestionował prawdziwość danych, przedstawionych papieżowi przez króla Kazimierza. Sędziowie papiescy nie przyjęli apelacji krzyżackiej. Dalsza rozprawa odbywała się bez udziału posłów zakonnych, którzy opuścili Warszawę. Przesłuchano 175 świadków spośród duchownych świeckich i zakonnych, szlachty oraz mieszczan. Były to osoby urodzone, mieszkające lub związane majątkiem z obszarami zagarniętymi przez krzyżaków, jak również pochodzące z terenów zniszczonych w roku 1331 przez ich najazdy.

Proces zakończył się 15 września. Zakon Krzyżacki miał zwrócić Koronie Kujawy, Ziemię Dobrzyńską, Pomorze Gdańskie oraz Ziemię Chełmińską i Michałowską, zapłacić odszkodowanie za straty moralne i materialne oraz pokryć koszty procesu.

Autor nieznany, Wnętrze katedry św. Jana, 1868, Muzeum Warszawy

Ulica Boleść 2

Zawalenie się mostu Zygmunta Augusta

Miejsce, w którym się znajdujecie, wygląda zupełnie inaczej niż przeszło 400 lat temu. Nie ma już dziś przeprawy łączącej Warszawę z praskim brzegiem rzeki. W 1603 roku miała miejsce katastrofa na Wiśle. Jedyny stały most warszawski, zniszczony przez napierającą krę, runął do rzeki. Dziś przypominają o nim nazwa ulicy i Brama Mostowa, przed którą stoicie. Dawniej była to czworoboczna strażnicza baszta bramna, która powstała w 1582 roku. Stała na przyczółku mostu. Miała chronić jego drewnianą konstrukcję przed pożarami.

W Warszawie dość długo nie odczuwano braku stałej przeprawy. Miasto rozwijało się na lewym brzegu. Na prawą stronę przeprawiano się w razie potrzeby, dzięki usługom transportowym Stanisława Jeżewskiego. Jego rodzina od czasów panowania książąt mazowieckich miała przywilej przewożenia chętnych za opłatą.

Potrzeba wzniesienia solidnego mostu stałego, by ułatwić przeprawę przez Wisłę, pojawiła się już 11 lat przed rozpoczęciem jego budowy w 1568 roku. Wtedy to król wykupił prawo wyłączności przewozu przez rzekę. Zygmunt II August zlecił i sfinansował inwestycję, którą wykonał Erazm Giotto z Zakroczymia.

Budowa przeprawy rozpoczęła się na rok przed połączeniem się unią Królestwa Polskiego z Wielkim Księstwem Litewskim. W jej wyniku powstała Rzeczpospolita Obojga Narodów. Warszawa stała się wtedy siedzibą Sejmu Walnego. Zjeżdżali do niej posłowie z Polski i Litwy.

Budowa mostu była sprawą niezwykle trudną, dlatego trwała wiele lat. Wpływały na to pożary przęseł, okresowe podnoszenie się stanu wody w Wiśle oraz naprawy i przebudowy związane m.in. z niszczycielskim działaniem kry, która zrywała przęsła z podpierającymi je filarami.

Gotowa konstrukcja miała ponad pół kilometra długości i opierała się na kilkunastu podstawach. Zbudowano ją z belek dębowych i sosnowych o grubości około 50 cm i spojono żelazem. Z pamiętnika szesnastowiecznego czeladnika kupieckiego Martina Grunewega dowiadujemy się, że most „biegnie prosto jak po sznurku i jest tak szeroki, że mogą się na nim minąć dwa wozy, jest też najmilszym traktem spacerowym mieszkańców Warszawy. […] od miasta, gdzie woda jest najdziksza, więcej wisi niż stoi. A tych dźwigarów, co go górą utrzymują, jest 15, wznoszących się wysoko, tak że można pod nimi przejechać […] Dalej most ciągnie się już prosto, niemniej ładnie, z izbicami, które dopiero budowali, wbijając pale”. Korzystanie z przeprawy było płatne.

Fundator nie doczekał momentu ukończenia budowy mostu. Zmarł rok przed otwarciem przeprawy, które miało miejsce 5 kwietnia 1573 r., w czasie pierwszej elekcji. Dalszej budowie patronowała Anna Jagiellonka, siostra Zygmunta II Augusta.

Niestety, wady konstrukcyjne mostu – zbyt gęsto rozmieszczone podpory i za niskie podwieszenie nad wodą sprawiły, że zimą 1603 roku poddał się naporowi kry i runął do Wisły.

Przeprawa funkcjonowała 30 lat. I choć wydaje się to niedługim czasem, należy pamiętać, że sto lat później w Warszawie jeszcze trzykrotnie budowano na Wiśle stałe mosty drewniane. Każdemu z nich rzeka pozwalała istnieć jedynie kilka miesięcy.

Oryginalna tablica, wmurowana w ścianę baszty strażniczej, chroniącej most od strony miasta, upamiętniająca fundatorkę Annę Jagiellonkę, znajduje się dziś na ekspozycji głównej Muzeum Warszawy.

Jacob Hoefnagel, Abraham Hogenberg, Varsovia (Widok ogólny Warszawy z końca XVI wieku), 1617, Muzeum Warszawy, fot. A. Czechowski

NOWE MIASTO

Ulica Piwna 9/11

Egzekucja Michała Piekarskiego, czyli makabryczny epilog zamachu na króla

Publiczna egzekucja Michała Piekarskiego odbyła się 27 listopada 1620 roku. Wyrok i jego realizacja na niedoszłym królobójcy nastąpiły w kilkanaście dni po próbie zamachu. Działano szybko i spektakularnie.

Egzekucji dokonano na Rynku Nowego Miasta. Makabryczne widowisko zgromadziło liczny tłum obserwatorów, a jego scenariusz został skrupulatnie zaplanowany. Miejsce musiało być obszerne by jak najwięcej osób zobaczyło ten spektakl – swoiste memento dla wszystkich – z czym wiąże się podniesienie ręki na władcę. By nikomu więcej nie przyszło coś podobnego do głowy.

Czyn, który próbował popełnić Piekarski miał miejsce przed rozpoczęciem nabożeństwa sejmowego dlatego sprawą zajął się początkowo sąd sejmowy, który działał w trybie przyspieszonym. Jednak charakter czynu i jego bezprecedensowość w dotychczasowej historii Korony sprawił, że o ile kara śmierci wydawała się oczywistą, to już wybór formy egzekucji postanowiono powierzyć decyzji marszałka wielkiego koronnego Mikołaja Wolskiego.

Doradcą był Jakub Sobieski, ojciec przyszłego króla Jana III. Sobieski dekadę wcześniej, podczas swojego pobytu w Paryżu, był świadkiem udanego zamachu na francuskiego monarchę Henryka IV. Obserwował również egzekucję zamachowca, którym był Francois Ravaillac. Postanowiono skorzystać z francuskich doświadczeń.

Michał Piekarski swoją ostatnią drogę rozpoczął na Zamku Królewskim. Przez ulice Starego Miasta dowieziono go na Rynek Nowego Miasta, gdzie kat miał wykonać swoją powinność. Egzekucja odbyła się więc nie na tradycyjnie służącym temu celowi tzw. Piekiełku, u wylotu Piekarskiej na Podwale. Wynikało to m.in. z olbrzymiego zainteresowania obserwacją egzekucji na żywo. Miała ona odbyć się poza murami obronnymi.

Gdy skazaniec dotarł na miejsce kaźni dano mu możliwość odbycia spowiedzi. Był to chyba jedyny humanitarny element tego ponurego spektaklu. Już w drodze z Zamku Królewskiego Piekarski był szarpany rozpalonymi szczypcami. Następnie kat włożył w jego prawą rękę nadziak, którym chciał zgładzić monarchę, i zaczęto przypalać ją żywym ogniem. Następnie Piekarskiemu odcięto prawicę, a chwilę później pozbawiono go także drugiej ręki. Kolejnym etapem egzekucji było przywiązanie jego ciała do czterech koni, które rozpędzone rozerwały korpus nieszczęśnika.

Po śmierci szczątki niedoszłego królobójcy spalono, a prochy najprawdopodobniej wysypano do Wisły.

Rynek Nowego Miasta z kościołem Sakramentek, Muzeum Warszawy

Ulica Piesza 1

Epidemia dżumy w 1708 roku

Szalejąca w Polsce dżuma w pierwszej dekadzie XVIII wieku przywędrowała do Warszawy. Podobno jako pierwszy „zobaczył” ją woźnica Jan Kozuba, który pewnego czerwcowego wieczora 1708 roku wracał z gospody do domu przy Dunaju. Choć kręciło mu się w głowie od spożytego trunku i zapewne gorzej widział, zaklinał się, że jest pewien, iż z Wisły wyszła „morowa dziewica”, która głową sięgała wieży Zamku Królewskiego. Kozuba jako pierwszy zmarł na dżumę. Jego nazwisko rozpoczyna listę ofiar czarnej śmierci w księgach Bractwa św. Benona. Stoicie przed kościołem należącym w XVIII wieku do Braci Benonitów, którzy nieśli, między innymi, pomoc zarażonym mieszkańcom Warszawy.

Nazwisko nieszczęsnego woźnicy przeszło do tradycji. Sam jego dźwięk budził grozę. Gdy wołano: „Uciekajcie! Kozuba jedzie!”, ludzie pełni obłędnego lęku, rzucali się do ucieczki. Było to ostrzeżenie przed zbliżającym się „morowym powietrzem”. Ówcześni mieszkańcy Warszawy wierzyli, że osoba zabita przez mór jako pierwsza szerzy zarazę i osobiście wiezie śmierć pojazdem, na jaki ją stać. Zapewne więc, w pamiętnym roku, śmierć poruszała się po Warszawie furmanką.

Dżuma od wieków wywoływała paniczny strach. Miało ją powodować, zgodnie z wiedzą ówczesnych, wilgotne powietrze, a zwłaszcza mgła. Jej pierwszym objawem były dreszcze, silny ból głowy i pleców oraz wysoka gorączka połączona z męczącym pragnieniem i kaszlem. Drugiego dnia boleśnie obrzmiewały węzły chłonne. Twardniały, ropiały, a czasem pękały. Przebieg choroby był gwałtowny, gdy zaatakowała płuca. Zgon zwykle następował po dwóch, trzech dniach, lecz zdarzały się przypadki śmierci po kilkudziesięciu minutach. Niektórzy padali wprost na ulicy. Inni zapadali w śpiączkę, a po obudzeniu się z niej umierali. Uważano jednak, że każdy, kto przeżył pierwszych siedem dni, miał szansę wyzdrowieć.

Nocami, a później również w ciągu dnia słychać było dźwięk dzwonków na ulicach. Grabarze ostrzegali w ten sposób, że wiozą zmarłego. Nosili białe krzyże na czarnych kamizelkach, dlatego nazywano ich krzyżakami. Mieszkańcy, słysząc ich nadjeżdżających, mieli obowiązek zamknięcia drzwi i okien. Większość domów jednak miała pozabijane na głucho drzwi i okna. Na fasadach pojawiały się czarne krzyże, widoczne z daleka. Oznaczały, że mór dostał się do wewnątrz.

Funkcję burmistrza „powietrznego” w mieście sprawował wtedy Adam Bucholtz. Głównymi organizatorami pomocy, zarówno sanitarnej, jak i religijnej byli członkowie bractwa św. Benona. Przewodził im kapelan bractwa, ks. Henryk, który też padł ofiarą dżumy. Burmistrz wyprowadził zarażonych z miasta i osiedlił ich w izolacji na Kępie Polkowskiej. Była to wyspa na Wiśle, na wysokości nieistniejącej wsi Polków. Zaczynała się niedaleko ulicy Mostowej, a kończyła w okolicy dzisiejszego Żoliborza. Chorzy mieszkali tam w domkach i mieli wspólną kuchnię. Tragarze raz w tygodniu dostarczali im żywność, ubrania i lekarstwa. Bracia benonici zbierali ofiary na „zapowietrzonych” i rozdawali je potrzebującym. Podczas posługi chorym zmarło 49 członków bractwa.

Ofiary moru grzebano poza granicami miasta, m.in. na Starym Bródnie. Dziś nie ma już śladu po bródnowskim cmentarzu zadżumionych. Zachowała się jedynie kamienna kolumna z krzyżem i okolicznościowym napisem na cokole, która stoi przy ul. Malborskiej. Upamiętnia ona Michała Warembergera i jego dzieci, zmarłych w czasie epidemii.

Jeszcze jedną pamiątką po epidemii jest coroczna Warszawska Pielgrzymka Piesza na Jasną Górę. Zorganizowali ją ojcowie paulini jako dziękczynienie za ustanie dżumy w Warszawie. W lipcu 1711 roku 200 pierwszych pątników wyruszyło w drogę, by prosić Matkę Boską Częstochowską o ocalenie Warszawy przed epidemią. Ślubowali, że od tej pory będą przychodzić do niej co roku.

Epidemia w Warszawie trwała ponad trzy lata. Tuż przed zarazą Warszawa z przedmieściami i jurydykami liczyła 23-25 tys. mieszkańców. Podczas epidemii zmarło w mieście blisko 16-18 tysięcy osób.

11 Aleksander Majerski, Widok kościoła Benonów i Sakramentek od strony Wisły, 1818, Muzeum Warszawy, fot. A. Czechowski

To już koniec spaceru.

Sprawdź trasy innych spacerów po Warszawie.